Jeśli przeglądaliście moją listę miejsc, które chciałabym odwiedzić w Stanach, to być może pamiętacie, że wcale nie było na niej Los Angeles. Nie ciągnęło mnie tam jakoś specjalnie i nie planowałam raczej odwiedzić Miasta Aniołów. Do czasu...
W drodze powrotnej z Hawajów mieliśmy przesiadkę na lotnisku w LA. Gdy przemieszczałam się pomiędzy terminalami w poszukiwaniu znośnego jedzenia na obiad, moją uwagę przykuł widok z okna. Poza palmami i budynkami w oddali widniały zielone wzgórza, które wydawały się dziwnie znajomo. Przyjrzałam się nieco uważniej i tak, nie miałam już wątpliwości, że oto patrzę na Fabrykę Snów. Co prawda pojedynczych liter ze słynnego napisu "Hollywood" nie byłam w stanie rozróżnić, bo z tej odległości wyglądało to raczej jak rozmazany biały prostokąt, ale widziałam przecież, że tam są i poczułam, że mnie do siebie przywołują. Od tej chwili było już dla mnie jasne, że bez odwiedzin w Los Angeles się nie obejdzie.
Sposobność do wyjazdu nadarzyła się nadzwyczaj szybko, bo z okazji inauguracji nowego prezydenta miałam w szkole jeden dodatkowy wolny dzień. Kupiłam więc bilety i w piątkowy poranek zameldowałam się na lotnisku. Miasto Aniołów powitało mnie ulewnym deszczem, który podobno w Kalifornii zdarza się zbyt często. No, ale tak, ja oczywiście miałam szczęście i akurat padało i to na tyle intensywnie, że wszelkie aktywności na dworze były wykluczone. Zwiedzanie Los Angeles rozpoczęłam zatem od Muzeum Sztuki.
Zaopatrzyłam się w ulotki informacyjne, wybrałam kilka interesujących mnie wystaw i ruszyłam na wycieczkę. Rozpoczęłam od ekspozycji porównującej twórczość Picassa i Diega Riviery, by później skupić się bardziej na sztuce nowoczesnej. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja zatytułowana "Metropolis" oraz japońskie plakaty.
Gdy ja buszowałam po muzeum, na dworze zaczęło się nieco przejaśniać, dzięki czemu po obejrzeniu interesujących mnie wystaw mogłam wybrać się na spacer. Na początku nie miałam, żadnego konkretnego celu, oglądałam sobie domy i obserwowałam ludzi, ale gdy w pewnym momencie na horyzoncie pojawiły się hollywoodzkie wzgórza wraz ze słynnym napisem. Spojrzałam na mapę i okazało się, że jestem całkiem blisko Alei Gwiazd i właśnie tam postanowiłam się udać.
Hollywood Walk of Fame widziałam wcześniej na zdjęciach pojawiających się w prasie zazwyczaj z okazji odsłonięcia nowej gwiazdy przez jakiegoś aktora czy piosenkarza. Podczas takiej uroczystości wszystko wokół wygląda bardzo uroczyście, ale na codzień ulica Hollywood Boulevard, na której owe gwiazdy się znajdują wygląda bardzo zwyczajnie. Ciężko spotkać tam mieszkańców, przechodnie to przede wszystkim turyści, jest dużo sklepów z pamiątkami i trochę restauracji. Na wielu odcinkach można spotkać bezdomnych, których zresztą w LA jest bardzo dużo.
Po tym spacerze poczułam nagle wielkie zmęczenie i stwierdziłam, że tyle wrażeń musi mi jak na pierwszy dzień wystarczyć.
Sobota była na szczęście słoneczna i postanowiłam wykorzystać to i udać się na plażę w Santa Monica. Bardzo spodobało mi się to miejsce, bo wręcz tętniło życiem. Dzieci i dorośli grający w piłkę czy w siatkówkę, rowerzyści, biegacze i ludzie spacerujący po molo, jakże inny świat od tego co widziałam dzień wcześniej w Hollywood. Jeśli kiedykolwiek w ogóle rozważałabym możliwość mieszkania w Kalifornii to chyba właśnie dla tej plaży. Dodatkową atrakcją są domki ratowników znane chociażby z serialu Słoneczny Patrol.
Ponieważ pogoda sprzyjała urządziłam sobie naprawdę długi spacer i jak się później okazało dotarłam na inną plażę - Venice Beach. Miejsce też bardzo ciekawe, bardziej na luzie i naprawdę można by tam siedzieć godzinami i obserwować ludzi. Nie mogłam sobie jednak na to pozwolić, bo przed powrotem do Waszyngtonu chciałam odwiedzić jeszcze jedną atrakcję - napis Hollywood.
Przemieszczenie się z plaży do Fabryki Snów zajęło mi naprawdę sporo czasu, LA jest ogromne, a transport publiczny nie działa tam zbyt sprawnie. Gdy wysiadłam z metra czekała mnie jeszcze około godzina marszu pod górę. Po drodze podziwiałam wielkie piękne domy i z uwagą przyglądałam się przejeżdżającym samochodom, bo a nuż widelec w środku siedzi ktoś sławny. Z każdym krokiem czułam coraz mocniej zmęczenie w nogach, tego dnia zrobiłam chyba z piętnaście kilometrów. Widok na szczycie wynagrodził mi jednak cały wysiłek. Niby tylko rząd białych liter, ale jakoś niezwykle mi się ten napis Hollywood podoba.
Na sam koniec pobytu w Mieście Aniołów ja spotkałam swoich. Wspomniałam już, że miałam kilkanaście kilometrów w nogach, a w perspektywie jeszcze godzinę drogi (no może trochę mniej, bo z górki) powrotnej by dostać się do metra. Gdy już, już miałam zbierać się by schodzić, zostałam zagadnięta przez policjantów, którzy po krótkiej rozmowie zaproponowali mi podwózkę. Siedziałam więc na miejscu dla aresztantów, ale cała szczęśliwa, że nie muszę używać własnych nóg. Przez całą drogę miło sobie gawędziliśmy z moimi wybawcami. Kiedy byliśmy już prawie przy metrze policjanci oznajmili mi, że zamierzają się zatrzymać w kawiarni i kupić donuty. I do dziś nie wiem, czy naprawdę mieli taki zamiar, czy w ten sposób zażartowali sobie ze stereotypu utrwalanego w filmach...
Mój krótki pobyt w Los Angeles dobiegł końca, ale bardzo cieszę, że udało mi się tam pojechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy.
niedziela, 19 lutego 2017
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Z pamiętnika podróżnika (22) - Tydzień na Hawajach
Archipelag Hawaje składa się aż ze stu trzydziestu siedmiu wysp. My postanowiliśmy wybrać się na największą z nich - Hawai'i, zwaną także po prostu Big Island.
Wydaje mi się, że wiele osób kojarzy Hawaje gównie z plażą. Plaże oczywiście na Wielkiej Wyspie są, ale jest ona zdecydowanie bardziej różnorodna. Poza dwoma skrajnymi klimatami - arktycznym i pustynnym, możemy tam znaleźć tam znaleźć wszystkie inne pośrednie. Są i lasy deszczowe i śnieg na szczycie wulkanu Manua Kea. Ot, taka Ziemia w pigułce.
Tydzień na Big Island był dość intensywny, nie bardzo był czas, by pisać na bieżąco. Ale dzisiaj chciałabym Wam tak w skrócie opowiedzieć jak te siedem dni na końcu świata wyglądało.
niedziela
Około dwudziestej pierwszej czasu lokalnego lądujemy w Hilo, najbardziej deszczowym mieście w USA. Drugim w stanie Hawaje pod względem liczby mieszkańców, zaraz po Honolulu . Jest ciepło, lekko mży, Wsiadamy do taksówki i ruszamy w stronę wynajętego przez airbnb mieszkania. Przez otwarte okna samochodu dobiegają dziwne dźwięki. Pytamy taksówkarza, o co chodzi. Okazuje się, głośny gwizd to sprawka gatunku żab przywiezionych przez przypadek z Puerto Rico. Coqui frogs nie są lubiane na Wielkiej Wyspie. Jest to miejsce bardzo spokojne i mieszkańców bardzo denerwują nocne hałasy. Nam żaby jakoś szczególnie nie przeszkadzały w zasypianiu, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że małego rozmiaru żabka nieźle koncertuje, posłuchajcie sami (dźwięk zaczyna się od 19 sekundy filmiku).
poniedziałek
Mimo zmęczenia dwunastogodzinną podróżą budzimy się bardzo wcześnie. Próbujemy jeszcze zasnąć, ale nie bardzo się udaje, więc postanawiamy obejrzeć wschód słońca. Ubieramy się i kierujemy swoje kroki w stronę oceanu. Obserwujemy zmieniające kolory niebo i słońce oświetlające palmy i wody Hilo Bay. Jest pięknie. Oglądamy ten spektakl natury do czasu gdy zaczyna nam burczeć w brzuchach. Szukamy miejsca na śniadanie, a potem przechadzamy się po mieście. Trochę budynków w stylu kolonialnym, niektóre naprawdę bardzo ładne, ale większość sprawia wrażenie zaniedbanych. Naszą uwagę zwracają znaki drogowe wskazujące drogę ewakuacyjną w przypadku tsunami. Miasto wydaje się bardzo spokojne, turystów prawie nie ma, trochę większy ruch panuje w okolicach rynku, gdzie można kupić świeże owoce i warzywa. W czasie przechadzki co rusz natykamy się na latające parami żółte ptaki, jaszczurki oraz na kolorowe, rosnące na dziko kwiaty.
wtorek
Dziś wreszcie słońce świeci pełną parą, ruszamy więc na wycieczkę na plażę. Nad wodą można łatwo zauważyć niezbite dowody na to, że Hawai'i to wyspa wulkaniczna, bo skały są czarne jak smoła. Jakoś to połączenie zastygłej lawy i wody niezmiernie mi się wizualnie podoba, a jeśli dodamy do tego jeszcze palmy to już w ogóle pieję z zachwytu. Po drodze mijamy inne plaże, niezbyt nadające się do kąpania, ale nie pozbawione uroku. Na miejscu jest już trochę ludzi, woda jest przejrzysta, nic tylko pływać. Wchodzę do wody i tuż obok mnie przepływa około jedno metrowy żółw! Wow, takiego spotkania trzeciego stopnia się nie spodziewałam! Ale super!
środa
Po dniu plażowania czas na nieco aktywniejsze spędzanie czasu, jedziemy na wycieczkę rowerową po Parku Narodowym Wulkany Hawai'i. Oglądanie lawy w dzień jest super, na zdjęciach jej co prawda nie widać, ale przez lornetkę da się wypatrzyć. Przy punkcie widokowym na krater jest sporo ludzi, ale po przejechaniu małego kawałka drogą dla rowerów zrobiło się zupełnie pusto i cicho. Nic jednak nie może równać się do oglądania lawy nocą. Kolory są po prostu niesamowite!
czwartek
Na przedmieściach Hilo znajduje się jeden z bardziej znanych wodospadów na Wielkiej Wyspie - Rainbow Falls. Swoją nazwę zawdzięcza pojawiającej się w słoneczne ranki tęczy. Tam właśnie kierujemy dziś swoje kroki. Pospaliśmy trochę dłużej, bo wczorajsza długa wycieczka nieco nas zmęczyła. Docieramy do wodospadu, jest kilka minut po dziewiątej i tęczy jeszcze nie widać. Słoneczko ładnie świeci więc jest nadzieja, że niedługo się pojawi. Spacerujemy wokół i sprawdzamy widok z różnych punktów, aż w końcu około godzinę później udaje nam się wypatrzyć nieśmiało pojawiającą się tęczę. Wracamy do Hilo na obiad, a popołudniu relaksujemy się w ogrodach Lili'uokalani i na Coconut Island.
piątek
Po wczorajszym luźniejszym dniu znów jesteśmy gotowi na dłuższą wyprawę. Wsiadamy do kursującego po Wielkiej Wyspie autobusu, który spóźnił się o ponad pół godziny. Wysiadamy w miasteczku Honoka'a, gdzie mamy zamiar wypożyczyć rowery i dojechać do punktu widokowego na dolinę Waipio. Okazuje się, że wypożyczalnia już nie istnieje, co nieco komplikuje nam dotarcie do upragnionego miejsca. Moglibyśmy iść na piechotę, ale zajęłoby nam to około trzech godzin w jedną stronę, a i droga niezbyt ciekawa - szosa i las po obydwu stronach. Próbujemy więc łapać stopa. Nie mija nawet pięć minut i przy naszych wyciągniętych kciukach zatrzymuje się pick up. W środku siedzi czwórka młodych ludzi, a na półotwartej "pace" (co na Hawajach jest legalne) kolejna dwójka. Siadamy naprzeciwko nich, oferują nam nawet kocyk i ruszamy. Wiatr we włosach i czujemy się jak w kabriolecie. Po kilkunastu minutach już jesteśmy na miejscu. Dziękujemy naszym kierowcom i biegniemy do punktu widokowego. Dolina Waipio jest piękna! Szkoda, że zanim dotarliśmy trochę się zachmurzyło, ale cóż zrobić, trzeba się cieszyć tym co jest. Pałaszujemy przygotowane wcześniej kanapki, pstrykamy kilka zdjęć i ruszamy w drogę powrotną. Łapiemy na stopa miłą parę z Wisconsin, która zabiera nas do Honoka'a. Przechadzamy się trochę po miasteczku, które przypomina trochę scenografię westernów, a potem czekamy na autobus i wracamy do Hilo. Co za dzień pełen przygód!
sobota
Dziś już niestety ostatni dzień naszej hawajskiej przygody. Kolejny raz przechadzamy się po miasteczku, by pożegnać się z ulubionymi miejscami. Idziemy poleżeć trochę na plaży i w parku, a potem niestety trzeba się już pakować. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, kto wie...
Wydaje mi się, że wiele osób kojarzy Hawaje gównie z plażą. Plaże oczywiście na Wielkiej Wyspie są, ale jest ona zdecydowanie bardziej różnorodna. Poza dwoma skrajnymi klimatami - arktycznym i pustynnym, możemy tam znaleźć tam znaleźć wszystkie inne pośrednie. Są i lasy deszczowe i śnieg na szczycie wulkanu Manua Kea. Ot, taka Ziemia w pigułce.
Tydzień na Big Island był dość intensywny, nie bardzo był czas, by pisać na bieżąco. Ale dzisiaj chciałabym Wam tak w skrócie opowiedzieć jak te siedem dni na końcu świata wyglądało.
niedziela
Około dwudziestej pierwszej czasu lokalnego lądujemy w Hilo, najbardziej deszczowym mieście w USA. Drugim w stanie Hawaje pod względem liczby mieszkańców, zaraz po Honolulu . Jest ciepło, lekko mży, Wsiadamy do taksówki i ruszamy w stronę wynajętego przez airbnb mieszkania. Przez otwarte okna samochodu dobiegają dziwne dźwięki. Pytamy taksówkarza, o co chodzi. Okazuje się, głośny gwizd to sprawka gatunku żab przywiezionych przez przypadek z Puerto Rico. Coqui frogs nie są lubiane na Wielkiej Wyspie. Jest to miejsce bardzo spokojne i mieszkańców bardzo denerwują nocne hałasy. Nam żaby jakoś szczególnie nie przeszkadzały w zasypianiu, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że małego rozmiaru żabka nieźle koncertuje, posłuchajcie sami (dźwięk zaczyna się od 19 sekundy filmiku).
poniedziałek
Mimo zmęczenia dwunastogodzinną podróżą budzimy się bardzo wcześnie. Próbujemy jeszcze zasnąć, ale nie bardzo się udaje, więc postanawiamy obejrzeć wschód słońca. Ubieramy się i kierujemy swoje kroki w stronę oceanu. Obserwujemy zmieniające kolory niebo i słońce oświetlające palmy i wody Hilo Bay. Jest pięknie. Oglądamy ten spektakl natury do czasu gdy zaczyna nam burczeć w brzuchach. Szukamy miejsca na śniadanie, a potem przechadzamy się po mieście. Trochę budynków w stylu kolonialnym, niektóre naprawdę bardzo ładne, ale większość sprawia wrażenie zaniedbanych. Naszą uwagę zwracają znaki drogowe wskazujące drogę ewakuacyjną w przypadku tsunami. Miasto wydaje się bardzo spokojne, turystów prawie nie ma, trochę większy ruch panuje w okolicach rynku, gdzie można kupić świeże owoce i warzywa. W czasie przechadzki co rusz natykamy się na latające parami żółte ptaki, jaszczurki oraz na kolorowe, rosnące na dziko kwiaty.
wtorek
Dziś wreszcie słońce świeci pełną parą, ruszamy więc na wycieczkę na plażę. Nad wodą można łatwo zauważyć niezbite dowody na to, że Hawai'i to wyspa wulkaniczna, bo skały są czarne jak smoła. Jakoś to połączenie zastygłej lawy i wody niezmiernie mi się wizualnie podoba, a jeśli dodamy do tego jeszcze palmy to już w ogóle pieję z zachwytu. Po drodze mijamy inne plaże, niezbyt nadające się do kąpania, ale nie pozbawione uroku. Na miejscu jest już trochę ludzi, woda jest przejrzysta, nic tylko pływać. Wchodzę do wody i tuż obok mnie przepływa około jedno metrowy żółw! Wow, takiego spotkania trzeciego stopnia się nie spodziewałam! Ale super!
środa
Po dniu plażowania czas na nieco aktywniejsze spędzanie czasu, jedziemy na wycieczkę rowerową po Parku Narodowym Wulkany Hawai'i. Oglądanie lawy w dzień jest super, na zdjęciach jej co prawda nie widać, ale przez lornetkę da się wypatrzyć. Przy punkcie widokowym na krater jest sporo ludzi, ale po przejechaniu małego kawałka drogą dla rowerów zrobiło się zupełnie pusto i cicho. Nic jednak nie może równać się do oglądania lawy nocą. Kolory są po prostu niesamowite!
czwartek
Na przedmieściach Hilo znajduje się jeden z bardziej znanych wodospadów na Wielkiej Wyspie - Rainbow Falls. Swoją nazwę zawdzięcza pojawiającej się w słoneczne ranki tęczy. Tam właśnie kierujemy dziś swoje kroki. Pospaliśmy trochę dłużej, bo wczorajsza długa wycieczka nieco nas zmęczyła. Docieramy do wodospadu, jest kilka minut po dziewiątej i tęczy jeszcze nie widać. Słoneczko ładnie świeci więc jest nadzieja, że niedługo się pojawi. Spacerujemy wokół i sprawdzamy widok z różnych punktów, aż w końcu około godzinę później udaje nam się wypatrzyć nieśmiało pojawiającą się tęczę. Wracamy do Hilo na obiad, a popołudniu relaksujemy się w ogrodach Lili'uokalani i na Coconut Island.
piątek
Po wczorajszym luźniejszym dniu znów jesteśmy gotowi na dłuższą wyprawę. Wsiadamy do kursującego po Wielkiej Wyspie autobusu, który spóźnił się o ponad pół godziny. Wysiadamy w miasteczku Honoka'a, gdzie mamy zamiar wypożyczyć rowery i dojechać do punktu widokowego na dolinę Waipio. Okazuje się, że wypożyczalnia już nie istnieje, co nieco komplikuje nam dotarcie do upragnionego miejsca. Moglibyśmy iść na piechotę, ale zajęłoby nam to około trzech godzin w jedną stronę, a i droga niezbyt ciekawa - szosa i las po obydwu stronach. Próbujemy więc łapać stopa. Nie mija nawet pięć minut i przy naszych wyciągniętych kciukach zatrzymuje się pick up. W środku siedzi czwórka młodych ludzi, a na półotwartej "pace" (co na Hawajach jest legalne) kolejna dwójka. Siadamy naprzeciwko nich, oferują nam nawet kocyk i ruszamy. Wiatr we włosach i czujemy się jak w kabriolecie. Po kilkunastu minutach już jesteśmy na miejscu. Dziękujemy naszym kierowcom i biegniemy do punktu widokowego. Dolina Waipio jest piękna! Szkoda, że zanim dotarliśmy trochę się zachmurzyło, ale cóż zrobić, trzeba się cieszyć tym co jest. Pałaszujemy przygotowane wcześniej kanapki, pstrykamy kilka zdjęć i ruszamy w drogę powrotną. Łapiemy na stopa miłą parę z Wisconsin, która zabiera nas do Honoka'a. Przechadzamy się trochę po miasteczku, które przypomina trochę scenografię westernów, a potem czekamy na autobus i wracamy do Hilo. Co za dzień pełen przygód!
sobota
Dziś już niestety ostatni dzień naszej hawajskiej przygody. Kolejny raz przechadzamy się po miasteczku, by pożegnać się z ulubionymi miejscami. Idziemy poleżeć trochę na plaży i w parku, a potem niestety trzeba się już pakować. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, kto wie...
sobota, 31 grudnia 2016
Świąteczny Washington
Święta co prawda już za nami, ale chciałabym pokazać Wam jak prezentował się w tym roku Waszyngton w świątecznym wydaniu.
![]() |
| Choinka pod Kapitolem |
![]() |
| Na Union Station też świątecznie |
![]() |
| Ostatnia choinka Baracka |
Oprócz choinek można było podziwiać piękne światełka w Zoo. Zdjęcia z zeszłego roku znajdziecie tutaj.
Dekoracje w centrum miasta przypominają natomiast nie tylko o Bożym Narodzeniu, ale także o Chanuce. Wszak Stany to kraj wielu kultur i wyznań.
I jak podobają się Wam świąteczne dekoracje w stolicy USA?
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Z pamiętnika podróżnika (21) - Wielki Kanion
Od dawna marzyłam o tym, by na własne oczy zobaczyć Wielki Kanion. Od czasu przeprowadzki do Stanów marzenie to nabrało bardziej realnych kształtów. W zeszłym roku przymieszałam się do wyprawy do togo jednego z bardziej znanych miejsc na świecie, jednak ostatecznie chociaż czas był, to zabrakło funduszy i przerwę wiosenną spędziliśmy w Las Vegas. W drodze powrotnej ze stolicy hazardu spotyka nas niespodzianka - widok na Wielki Kanion! Co prawda tylko z samolotu, ale lepszy rydz niż nic, prawda?
Mój mąż stwierdził, że w takim razie on już Grand Canyon zobaczył i zaliczone. Ja co prawda ucieszyłam się z nieoczekiwanej atrakcji, ale widok na ten cud natury z daleka tylko rozbudził mój apetyt by zobaczyć więcej.
W połowie października, korzystając z nieobecności Borjy, który poleciał na jakąś konferencję w Europie, w piątek zaraz po szkole udałam się prosto na lotnisko. Bez większych przygód wylądowałam w Phoenix, gdzie po raz pierwszy w życiu miałam spędzić noc w amerykańskim motelu. Następnego dnia skoro świt podjechał po mnie mały busik, który zabrał mnie i kilka innych osób, które również wykupiły wycieczkę do Parku Narodowego.
Okazało się, że mamy całkiem ciekawą ekipę, wśród wycieczkowiczów były między innymi dwie Japonki i jedna Francuzka mniej więcej w moim wieku. Dzięki rozmowie droga mijała nam niezwykle szybko. Pierwszy przystanek zaliczyliśmy w okolicach parku stanowego Sedona, który słynie z bardzo ciekawych formacji skalnych. Zabawiliśmy tam jednak tylko kilka chwil, nie to miejsce było przecież celem naszej dzisiejszej wyprawy.
Do Wielkiego Kanionu dotarliśmy około południa. Odebraliśmy lunch od naszego przewodnika i już mogliśmy udać się do pierwszego punktu widokowego. Pierwszy moment, gdy wreszcie możesz zobaczyć to wszystko na własne oczy jest po prostu magiczny. Zatrzymujesz się i nie możesz nic powiedzieć, a w głowie masz tylko jedno wielkie WOW.
Muszę przyznać się, że martwiłam się nieco o pogodę w październiku i nawet trochę żałowałam, że nie udało się tak wszystkiego zorganizować by przyjechać latem. Okazuje się jednak, że w lipcu czy w sierpniu nad Wielkim Kanionem dość często przechodzą gwałtowne burze. W połowie października pogoda za to była idealna. Czyste niebo, piękne słońce i dwadzieścia cztery stopnie. Światło było wręcz idealne do zdjęć.
Co ciekawe, mimo wielkiej ilości turystów w parku panuje względna cisza. Wydaje się, że wszyscy rozmawiają ściszonymi głosami, by nie przeszkadzać innym w podziwianiu cudownych widoków. O nich można pisać wiele, ale tak naprawdę żadne słowa, ani nawet zdjęcia nie oddadzą w pełni piękna Wielkiego Kanionu.
Mój mąż stwierdził, że w takim razie on już Grand Canyon zobaczył i zaliczone. Ja co prawda ucieszyłam się z nieoczekiwanej atrakcji, ale widok na ten cud natury z daleka tylko rozbudził mój apetyt by zobaczyć więcej.
W połowie października, korzystając z nieobecności Borjy, który poleciał na jakąś konferencję w Europie, w piątek zaraz po szkole udałam się prosto na lotnisko. Bez większych przygód wylądowałam w Phoenix, gdzie po raz pierwszy w życiu miałam spędzić noc w amerykańskim motelu. Następnego dnia skoro świt podjechał po mnie mały busik, który zabrał mnie i kilka innych osób, które również wykupiły wycieczkę do Parku Narodowego.
Okazało się, że mamy całkiem ciekawą ekipę, wśród wycieczkowiczów były między innymi dwie Japonki i jedna Francuzka mniej więcej w moim wieku. Dzięki rozmowie droga mijała nam niezwykle szybko. Pierwszy przystanek zaliczyliśmy w okolicach parku stanowego Sedona, który słynie z bardzo ciekawych formacji skalnych. Zabawiliśmy tam jednak tylko kilka chwil, nie to miejsce było przecież celem naszej dzisiejszej wyprawy.
Do Wielkiego Kanionu dotarliśmy około południa. Odebraliśmy lunch od naszego przewodnika i już mogliśmy udać się do pierwszego punktu widokowego. Pierwszy moment, gdy wreszcie możesz zobaczyć to wszystko na własne oczy jest po prostu magiczny. Zatrzymujesz się i nie możesz nic powiedzieć, a w głowie masz tylko jedno wielkie WOW.
Muszę przyznać się, że martwiłam się nieco o pogodę w październiku i nawet trochę żałowałam, że nie udało się tak wszystkiego zorganizować by przyjechać latem. Okazuje się jednak, że w lipcu czy w sierpniu nad Wielkim Kanionem dość często przechodzą gwałtowne burze. W połowie października pogoda za to była idealna. Czyste niebo, piękne słońce i dwadzieścia cztery stopnie. Światło było wręcz idealne do zdjęć.
Co ciekawe, mimo wielkiej ilości turystów w parku panuje względna cisza. Wydaje się, że wszyscy rozmawiają ściszonymi głosami, by nie przeszkadzać innym w podziwianiu cudownych widoków. O nich można pisać wiele, ale tak naprawdę żadne słowa, ani nawet zdjęcia nie oddadzą w pełni piękna Wielkiego Kanionu.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Wrzesień i październik w obrazkach
Ostatnio jestem dość zajęta - i nową pracą i podróżowaniem. Nie ma czasu na aktualizowanie bloga tak często jak w zeszłym roku. Dzisiaj troszkę nadrabiam zaległości i zapraszam Was na zbiorcze zestawienie zdjęć z września i października.
Momentami było nawet za gorąco i wtedy staraliśmy się nadrabiać zaległości w muzeach. Tym razem wybór padł na Muzeum Sztuki.
Wrzesień to w Waszyngtonie jeszcze pełnia lata, korzystaliśmy więc z pięknej pogody i spędzaliśmy czas w plenerze ile się dało.
Momentami było nawet za gorąco i wtedy staraliśmy się nadrabiać zaległości w muzeach. Tym razem wybór padł na Muzeum Sztuki.
Po prawie dwóch miesiącach spędzonych w Europie nadrabialiśmy też towarzyskie zaległości i spotkaliśmy się ze znajomymi w Chinatown.
Październik upłynął mi pod znakiem podróży - najpierw odwiedziłam Nowy Meksyk, później Wielki Kanion oraz, już kolejny raz - Nowy Jork.
O mojej wyprawie do Albuquerque już pisałam, na post o Wielkim Kanionie i Nowym Jorku jeszcze przyjdzie czas. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, ale nawet mnie taki intensywny miesiąc trochę zmęczył. Listopad będzie trochę spokojniejszy, co nie znaczy oczywiście, że nic nie będzie się działo. Wspaniałego miesiąca wszystkim!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































