Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Z pamiętnika podróżnika (16) - Mroczne Chicago dzień 1

W pierwszy weekend maja wybraliśmy się na podbój Chicago. Szczęścia do pogody nie mieliśmy zupełnie - było zimno, mgliście i, jak przystało na Wietrzne Miasto, zawiewało, że hej. Nie popsuło nam to jednak wycieczki, bo chociaż oczywiście odczuwaliśmy pewnien dyskomfort wynikający z panujących warunków atmosferycznych, to z drugiej strony niesprzyjająca aura nadawała miastu niezwykle tajemniczy i mroczny klimat.


Na sam początek zwiedzania wybraliśmy się do Willis Tower, drugiego najwyższego budynku w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze do niedawna wieżowiec zajmował zaszczytne pierwsze miejsce, ale w 2014 roku został zdetronizowany przez 1 World Trade Center. Nowojorczycy jednak trochę oszukali, bo drapacz chmur znajdujący na dolnym Manhatannie wygrywa z tym chicagowskim jedynie dzięki swojej długiej iglicy. Ale nawet odrobinę niższy od zwycięzcy, Willis Tower jest warty odwiedzenia. Dzięki specjalnym "wypustkom" ze szklaną podłogą możemy na własne oczy doświadczyć, co to znaczy sto trzy piętra w dół.



Powiem szczerze, że obawiałam się nieco, iż nie będę miała odwagi postawić tam nogi, a tym bardziej już spojrzeć w tą odchłań pode mną. Na szczęście nie było wcale tak strasznie, chociaż oczywiście widok niezapomniany.

Po wizycie w Willis Tower skierowaliśmy nasze kroki do Art Institute of Chicago. Był to strzał w dziesiątkę, bo miałam okazję na żywo obejrzeć mój ulubiony obraz Moneta, a także wiele innych, równie cudownych, z impresjonistycznymi dziełami na czele. Pani Cholewińska byłaby dumna (kto wie, ten wie).





W muzeum trochę zgłodnieliśmy, dlatego zaraz po wyjściu ustawiliśmy się w kolejce po słynną chicagowską pizzę. Czym różni się od tej włoskiej, czy nowojorskiej? Ciasto jest inne i przede wszystkim o wiele grubsze. Mniam!


Po późnym obiedzie mieliśmy w planach dalsze zwiedzanie, ale padało coraz mocniej, co skutecznie zniechęciło nas do eksplorowania miasta. Postanowiliśmy wrócić do mieszkania, by się wysuszyć i zebrać siły na następny dzień.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Z pamiętnika podróżnika (15) - Las Vegas, miasto na niby

Las Vegas to dość specyficzne miasto. Z jednej strony królestwo kosumcjonalizmu, amerykańskie do szpiku kości, powstałe z niczego, na środku pustyni, a obecnie przyciągające miliony turystów wydających dolary w kasynach, hotelach i restauracjach. Z drugiej, wyraz północnoamerykańskiej tęsknoty i być może zazdrości o wielowiekowe kultury wyrażający się we wszechobecnych kopiach zabytków rodem z Włoch, Francji czy Egiptu. Ach, no i ta nazwa. Las Vegas. Trzeba mieć fantazję, by miasto na środku pustyni nazwać "łąki".


Zwiedzanie rozpoczeliśmy od słynnego znaku "Welcome to Las Vegas". Obawiałam się trochę czy z "zagłębia hotelowego" będzie tam można dojść pieszo. I nie chodzi tu wcale o odległości, martwiłam się raczej czy będzie w ogóle jakiś chodnik, czy będziemy musieli się przedzierać przez samochody, bo z tym różnie w Stanach bywa. Okazało się, że spokojnie i bezpiecznie można przejść całą trasę, bo chodnik o dziwo był. 



Kolejnym zaskoczeniem była kolejka do zrobienia sobie zdjęcia prz znaku. Cóż, chyba taki urok jeżdżenia do miejsc obleganych przez turystów. No, a poza tym Amerykanie, nie skażeni latami komunizmu, uwielbiają kolejki. Muszę Wam kiedyś opisać, jak wysiadają z samolotu, bo to normalnie istny cyrk, można się uśmiać po pachy, jacy grzeczni i jak każdy każdego przepuszcza. Ale wracając do rzeczy, znak, jak znak, pewnie wielkiego halo by nie było, gdyby nie to, że pojawia się w tak wielu filmach czy serialach. Nie będę jednak ściemniać, że zbojkotowałam to komercyjne miejsce, dwukilometrowy spacer tylko po to, by cyknąć kilka fotek, był nieunikniony.


Później ruszyliśmy w miasto, by zobaczyć wszystkie atrapy światowych zabytków. Są egipskie piramidy, jest nowojorski Brooklyn Bridge, jest i rzymskie Koloseum i oczywiście wieża Eiffla. Dla każdego coś miłego możnaby powiedzieć.





Można poczuć się trochę jak w wesołym miasteczku, czy parku rozrywki. Niektóre miniaturki prezentują się lepiej, inne bardzo sztucznie. Koloseum jest po prostu szkaradne, ale już wieża Eiffla jako tako daję radę, szczególnie nocą, gdy prawie nie widać, że to na niby.




Zresztą nocą to zupełnie inne miasto. Ciemne niebo i rażące w oczy neony jakoś maskują jego mankamenty. 




Po zmroku życie przenosi się do kasyn chociaż tam właściwie nigdy nie wiadomo czy to dzień, czy to noc. Postanowiliśmy spróbować szczęścia i skusiliśmy się by zagrać w blackjacka i pokera. Niestety to co Borja wygrał, (a było tego ho ho, aż dziesięć dolców) to ja przegrałam. I tak zakończyła się nasza przygoda z hazardem. Cóż wakacje na Hawajach chyba będą musiały jeszcze poczekać.





Do odwiedzin mogą zachęcić atrakcyjne ceny hoteli. My spaliśmy w czterogwiazdkowym, w którym występują Jenifer Lopez i Britney Spears i dwuosobowy pokój kosztował nas 30 dolarów za noc, co jak na standardy amerykańskie jest bardzo, bardzo tanio, bo w Nowym Jorku czy San Francisco trudno znaleźć jakikolwiek hotel poniżej 100 dolarów za dobę.


Mimo kasyn, świateł neonów i licznych atrakcji Las Vegas po jakimś czasie zaczyna się nudzić. No chyba, że się ciągle wygrywa albo ma się dużo kasy do stracenia. Na pewno raz w życiu pojechać warto, chociażby po to, by oglądając miasto na filmach móc mieć satysfakcję i powiedzieć - byłem tam!

Nie zrozumcie mnie źle, bardzo mi się ta wycieczka podobała i miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ale nie wróciłabym już tam. Po prostu raz wystarczy. A poza tym jest jeszcze tyle innych miejsc do odwiedzenia...

niedziela, 3 kwietnia 2016

Z pamiętnika podróżnika (14) - W drodze do Vegas

Na początek jakże emocjonująca podróż na lotnisko. Metro waszyngtońskie jak zawsze dba, by podnieść nam poziom adrenaliny przed wylotem. Wyświetlacz na stacji szaleje, co chwila pokazuje inną informację na temat godziny przyjazdu pociągu. Czasem zamiast dwucyfrowego numerka pojawia się czerwona kreska. Emocje sięgają zenitu - przyjedzie czy nie przyjedzie? Czy zamiast trafić do pełnego migających świateł i neonów miasta na środku pustyni skończymy naszą przygodę obgryzając z nerwów paznokcie w ciemnym tunelu metra, ze świadomością, że nasz samolot właśnie odlatuje? O nie! Nie możemy do tego dopuścić!



Wydobywamy się na powierzchnię, w oddali widać autobus. Puszczamy się biegiem w stronę przystanku na Wisconsin Avenue. Kółka walizek turkoczą głośno, wpadając w przerwy pomiędzy płytami chodnikowymi. Autobus przyśpiesza, my też, w ostatniej chwili dopadamy do drzwi. Rozsiadamy się wygodnie, próbując uspokoić oddech. Jednak chwilową ulgę szybko zastępują wątpliwości. Czy to aby na pewno dobry autobus, by przesiąść się potem na niebieską linię? Gorączkowo stukam w klawiaturę telefonu, sprawdzając trasy, internet t-mobile ślimaczy się jak zawsze. Dopiero w połowie drogi udaje mi się ustalić, że wsiedliśmy do odpowiedniego pojazdu. Pozostało już tylko sprawdzić, gdzie mamy się przesiąść. Internet łaskawie pozwala dotrzeć do tej jakże cennej informacji. Już widać nasz przystanek, wysiadamy.

Ponownie nurkujemy w czeluście tunelów metra. Tym razem mamy farta, niebieska linia odjeżdża za dwie minuty. Już spokojniejsi siedzimy w wagonie. Nie jest źle, powinniśmy zdążyć. Na lotnisku wita nas informacja, że nasz samolot jest opóźniony. Gdyby nie to, że mamy przesiadkę w Charlotte, być może by to nas rozśmieszyło. No bo my tu biegamy jak szaleni, a tu i tak trzeba będzie czekać. Cóż za ironia losu. Ale jak już wspomniałam, nie jest nam do śmiechu. Nic, a nic. Na przemieszczenie się z jednego samolotu do drugiego mamy jedynie godzinę. Trzydziesto minutowe spóźnienie zredukuje ten czas o połowę. No pięknie. Chyba jakieś siły się sprzysięgły byśmy do tego Vegas dziś nie dolecieli.

Cóż robić? Postanawiam wziąć byka za rogi. Pytam panią z obsługi klienta o radę. Może zna jakiś tajny skrót pomiędzy jednym samolotem a drugim? Może ma ziomka pilota lub psiapsię stewardessę i dryndnie do nich i wyprosi by na nas poczekali? A może zwyczajnie uspokoi, że jak nie ten lot to następny, że wsadzą nas do kolejnego samolotu? Może słusznie po raz pierwszy od dawna szarpnęliśmy się na lot rejsowymi liniami, zamiast oszczędzać i fruwać amerykańskimi odpowiednikami ryanaira (które nawiasem mówiąc też wcale nie są takie tanie)?

Ja tu sobie "mogam" i "gdybam" w myślach, a miła pani szuka informacji o naszym locie. Okazuje się, że nie jest opóźniony. Wcale, a wcale. Za to odlatuje z innej bramki. Więc, żwawo obywatele, bo już trwa odprawa. Ustawiamy się w ogonku do skanowania biletów. Gdy przychodzi nasza kolej czytnik zamiast standardowego piknięcia wydaje złowieszczy dźwięk. Kurde, coś jest nie tak. Pani z naziemnej obsługi lotu próbuje jeszcze raz. Znów złowieszczy dźwięk i znów skacze nam adrenalina. Może bilety się źle wydrukowały? Pani rozgląda się po swoim biureczku i znajduje dwa prostokątne kawałki papieru. Bilety. Nasze bilety. Ale nie te, które wydrukowaliśmy przed podróżą. Te są inne, wystawione przez linie lotnicze. Pani skanuje nowe bilety, słychać zwykłe piknięcie. Uff, poziom adrenaliny wraca na swoje miejsce.

W rękawie prowadzącym do samolotu przyglądamy się naszym kartom pokładowym. Mamy inne miejsca. Bliżej przodu. Cieszymy się, przecież to lepsze pozycje startowe w wyścigu na lot przesiadkowy. Wreszcie szczęście się odwróciło. Znajdujemy nasze siedzenia, na których czeka kolejna niespodzianka - pasażer X. Okazuje się że pan X ma na bilecie to samo miejsce co ja. No świetnie. Pewnie mają overbooking. Cóż robić, wołamy stewardessę, niech ona tutaj zasądzi. Trzymamy kciuki, by nie wywalili nas z samolotu. Ale chyba nie, przecież już wsiedliśmy! Pytanie czy uda nam się zatrzymać miejsca z przodu. Zastanawiam się jakie mamy szanse. Cóż, facet był tu przed nami. Ale nas jest dwoje i mamy przesiadkę. No zobaczymy. Po chwili stewardessa wraca z decyzją. Pasażer X ma się przesiąść, my zatrzymujemy nasze super miejscówki w rzędzie numer osiem. Hurra!

Lot upływa nam spokojnie na czytaniu. Odkrywamy też super długiego włosa wyrastającego na moim przedramieniu. Całe sześć centymetrów! Jak tak dalej pójdzie będę musiała zainwestować w grzebień do rąk. Tymczasem samolot zniża się do lądowania. My w blokach startowych by wystrzelić z miejsca, gdy tylko pilot wyłączy sygnalizację zapiąć pasy. Spoglądamy na zegarek, jest wcześniej niż myśleliśmy, przybyliśmy przed czasem. Pozwalamy sobie zatem na luksus skorzystania z lotniskowej toalety. Rozdzielamy się, Borja idzie do męskiej, ja do damskiej. Na progu spotykam najszczęśliwszą osobę pod słońcem. Podśpiewuje, wita wszystkie damy odwiedzające łazienkę, a dla każdej kolejnej ma coraz to milszy przydomek. Ja zostaję nazwana "my dear", następna dziewczyna w kolejce otrzymuje tytuł "sweet pie". Kto by pomyślał, że sprzątanie toalet może uczynić człowieka tak szczęśliwym. Po załatwieniu potrzeby spotykam się z Borją, który też widzę uśmiecha się pod nosem. Porównujemy doświadczenia, okazuje się, że w męskiej łazience grasuje podobny osobnik pozdrawiający wszystkich wokoło. Ciekawe miasto, chyba trzeba będzie kiedyś wrócić do tego Charlotte.

Ze spokojem docieramy na odprawę i wsiadamy do samolotu do Vegas. No, panie pilocie, teraz to może się pan spóźniać ile dusza zapragnie, bo my już żadnej przesiadki nie mamy. Prawie pięciogodzinną podróż umila nam obserwacja pasażera z sąsiedniego siedzenia. Ma około dziesięciu lat i podróżuje sam. Stewardessy cackają się z nim jak z jajkiem, co chwila podtykając napoje i przekąski. Chłopak raz po raz zamawia coca colę, oj chyba ktoś tu będzie miał problemy ze spaniem... Ze względu na wielką nieśmiałość lub też zupełny brak kultury osobistej dzieciak udając się do toalety po prostu wstaje i nie sili się na żadne przepraszam, ani nic podobnego. Ogólnie trochę nas to denerwuje, ale tak naprawdę to mu współczujemy. To musi być ciężkie przeżycie podróżować samemu w takim wieku. Ja przecież pierwszy raz wsiadłam do samolotu w wieku dziewiętnastu lat, otoczona grupą przyjaciół, a i tak miałam cykora na całego, więc co ja tam wiem. Może gdybym miała wtedy o dziewięć lat mniej też by mi mowę odebrało.

Trochę zmęczeni tymi emocjami (jeszcze raz wielkie dzięki Washington Metro!) lądujemy w stolicy hazardu. Już czuję ten zapach pieniędzy, które wygramy i przeznaczymy na podróż na Hawaje.

piątek, 25 marca 2016

O Florydzie raz jeszcze

Mówi się, że podróże kształcą i nie mogę nie zgodzić się z tą opinią. Nigdy nie dowiedziałabym się tylu rzeczy na temat Florydy, gdybym się tam osobiście nie wybrała.

Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę to jeziora. Zniżając się do lądowania w Orlando można było zobaczyć ich całe mnóstwo. Zdziwiłam się, bo Floryda kojarzyła mi się przede wszystkim z plażami, palmami i Disneylandem, a żadna wzmianka o jeziorach nigdy nie obiła mi się o uszy.



Podróżując pociągiem z Orlando do Miami również zauważyłam sporą ilość jezior. Zaczęłam się więc zastanawiać, skąd ta woda się tam wzięła, w jaki sposób te jeziora powstały?


Postanowiłam zadać to pytanie wujkowi Google. Okazuje się, że większość florydzkich jezior znajduje się w miejscach zapadlisk, które uformowane zostały w rezultacie podziemnego rozpuszczania się wapienia w procesie erozji krasowej.

Przejeżdżając pociągiem przez prawie pół stanu zauważyłam jeszcze jedną rzecz. Floryda jest płaska jak deska. W czasie pięciu godzin wyglądania przez okno można się nieźle wynudzić. Pastwiska na zmianę z mokradłami i sadami pomarańczowymi. Wypatrzenie choćby najmniejszego pagórka to naprawdę rzadkość.



Sprawdziłam później w internecie i okazało się, że najwyższa "góra" stanu ma niewiele ponad sto metrów.

Ukształtowanie terenu wpływa na sposób zagospodarowywania go przez ludzi. Na przykład w Miami, które położone jest w sąsiedztwie podmokłych terenów Everglades zamiast metra działa pociąg miejski poruszający się po wybudowanych ponad drogami estakadach. Nie znajdziecie tam również podziemnych parkingów. W większych budynkach miejsca dla samochodów znajdują się na kilku pierwszych piętrach.

Podczas wyprawy na Florydę mogłam także przekonać się o konsekwencjach jej położenia geograficznego. Jest to najbardziej wysunięte na południe miejsce, które do tej pory odwiedziłam. Miami znajduje się tuż ponad Zwrotnikiem Raka, mniej więcej na tej samej wysokości, co granica Egiptu z Sudanem.

Oczywiście na wyprawę zabraliśmy krem z filtrem UV i smarowaliśmy się przed wyjściem na słońce. Okazało się jednak, że na tej szerokości geograficznej promienie są znacznie silniejsze. Po pierwszym dniu w Orlando odkryłam, że tuż poniżej szyi mam wielki czerwony trójkąt. No tak, gębę posmarowałam, ale o dekolcie, tego dnia wyeksponowanym w bluzce w serek, już zapomniałam.

W Miami smarowałam się częściej, mimo dość pochmurnego dnia, ale i tak okazało się to niewystarczające. Pod wieczór twarz trochę piekła i oczywiście była na maksa czerwona. Skoro promienie słoneczne są tak silne przy Zwrotniku Raka, to ciekawe po jakim czasie można spiec się na raka na równiku.

Takie właśnie niespodzianki i ciekawostki można odkryć w czasie podróży. To między innymi dzięki nim wyprawy w nowe miejsca są tak ekscytujące. 

To już ostatni post z cyklu Floryda, ale już niedługo ponownie ruszam w drogę. Oczywiście wrażeniami podzielę się z Wami na blogu, więc bądźcie czujni! Do przeczytania!

środa, 23 marca 2016

Rejs po Zatoce Biscayne

Jedną z atrakcji, które zafundowaliśmy sobie w Miami był rejs po Zatoce Biscayne. Po wypłynięciu na szerokie wody mogliśmy spojrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy. A musicie wiedzieć, że panorama Miami w USA "urodą" ustępuje tylko Nowemu Jorkowi i Chicago (ranking tutaj). Piszę "urodą", bo zapewne nie wszyscy są fanami drapaczy chmur, chociaż po wizycie w NYC wiem już, że i one mają swój urok.



Celem wycieczki nie było jednak tylko podziwianie miasta z innej perspektywy. Mieliśmy podpłynąć w pobliże wysp milionerów i podziwiać domy sławnych i bogatych. Po drodze minęliśmy kilka statków wycieczkowych, a także ogromny kontenerowiec.


Po kilkunastu minutach dotarliśmy do pierwszej wyspy i naszym oczom ukazały się luksusowe posiadłości gwiazd. Jako pierwszy mieliśmy okazję oglądać dom Glorii i Emilio Estefan.

Willa Glorii Estefan i jej męża
Opływaliśmy wyspę, oglądając kolejne wille, a pani przewodnik informowała nas przez mikrofon do kogo należą. Wśród właścicieli znajdują się m.in. Shaquille O'Neal, Julio Iglesias czy wynalazca Viagry, który jest posiadaczem najdroższej i największej posiadłości.

Posiadłość wynalazcy Viagry
Chata Julio Iglesiasa
Powiem Wam, że przeżycie niesamowite, bo co innego takie rzeczy oglądać na zdjęciach, a co innego na własne oczy. Bogactwo nieźle daje po gałach i chociaż oczywiście w kontekście estetycznym jest to miły widok, to także nastraja refleksyjnie. No bo, co to za świat, w którym jedni mają takie luksusy, a inni nie mają ani domu, ani co do garnka włożyć.


Jadąc pociągiem do Miami mijaliśmy wielkie osiedla przyczep campingowych, na Miami Beach widzieliśmy bezdomnych śpiących na kartonach. A przecież nie znajdują się one wcale tak daleko od tych luksusowych willi milionerów. Kontrasty na Florydzie są naprawdę przerażające.


Wracając na stały ląd widzieliśmy jeszcze jedną rzecz znaną przede wszystkim z filmów czy teledysków, a mianowicie - imprezę na jachcie. O ile jakoś nie razi mnie oglądanie tego na ekranie, to na żywo był to widok raczej smutny. Kilkanaście młodych dziewczyn w bikini wijących się wokół zaledwie trzech panów. Warto zaznaczyć, że nie było jakoś specjalnie upalnie, raczej pochmurno, a na wodzie wiało, my na statku musieliśmy założyć bluzy, a one biedne w tych strojach kąpielowych... Muzyka na pełen regulator, jeden z panów na zmianę zabierał dziewczyny na przejażdżkę skuterem wodnym. Chyba nigdy tak bardzo nie odczułam, że kobiety w niektórych sytuacjach traktowane są jak przedmioty (czy mięso? czy zabawki? nie wiem jak to trafnie nazwać). Najgorsze, że wielokrotnie, tak jak w przypadku tej imprezy za jachcie, za ich własną zgodą...

I kto by pomyślał, że Miami może nastrajać tak refleksyjnie?!

środa, 16 marca 2016

Amtrak, czyli o amerykańskich pociągach

W rozmowach o podróżach po Ameryce rzadko wspomina się o pociągach. Zarówno turyści, jak i mieszkańcy poruszają się po Stanach przede wszystkim samolotami (bo odległości ogromne) i samochodami (bo benzyna tania jak barszcz, a jak się nie ma swojego, to auto łatwo wypożyczyć). Słyszy się czasami, że transport kolejowy w tak wielkim kraju nie ma większego sensu ekonomicznego i z tego powodu jest słabo rozwinięty. Nie jest to jednak prawda. Po prostu amerykańskie koleje mają nieco inny charakter niż te nasze, europejskie.

Stacja kolejowa w Miami
Przede wszystkim trasy pociągów są o wiele dłuższe. Odległości pomiędzy stacją początkową a końcową niejednokrotnie liczy się w tysiącach kilometrów (np. Chicago - San Francisco - 3417 km, Nowy Jorka - Miami - 2065 km), a podróż może trwać nawet kilka dni.

Różni się też wygląd stacji. Poza kilkoma wyjątkami (np. Nowy Jork czy Waszyngton) są one dość małe. Dworzec w Miami przypomina przystanek PKS-u w Starogardzie Gdańskim, tyle, że z szynami, a ten w Orlando podobny jest nieco do kościoła rodem z Santorini. Ogólnie gdyby ktoś pokazał Wam zdjęcie podrzędnej stacji Amtrak, to nigdy byście nie zgadli, że to fotka z Ameryki, a nie dworca z drugiego, czy nawet trzeciego świata.

Dworzec w Orlando
Amerykańskim pociągiem nie da się dotrzeć wszędzie, ale to chyba zrozumiałe, gdy weźmiemy pod uwagę powierzchnię USA. Jednak wybór tras jest naprawdę zaskakująco bogaty i wybierając odpowiednią kombinację dojedziemy do praktycznie każdego większego miasta.

Pociągi, szczególnie te na najdłuższych trasach, nie kursują często. Jeden dziennie to standard, na krótszych odcinkach może nieco częściej, ale bardzo prawdopodobne, że planując podróże koleją będziecie musieli dopasować swój plan podróży tak, by zdążyć na jedyny tego dnia pociąg.


Jeśli chodzi o wnętrze pociągu, to różnie można trafić w zależności od tego, czy wylosujemy nowy czy stary skład. Ale bez względu na wiek wagonów na pewno znajdziemy takie z miejscami sypialnymi, jak i z fotelami ustawionymi jak w samolocie. 

I tutaj bardzo pozytywne zaskoczenie, bo nawet jeśli wybierzemy najtańszą opcję miejsca do siedzenia i na nogi jest naprawdę sporo. Fotele są szersze niż te spotykane w europejskich pociągach, chociaż to akurat jest dość powszechne w Stanach, że siedzenia przystosowane są do przyjęcia nieco większych zadków. Druga sprawa to przestrzeń pomiędzy siedziskami, ja przy moim wzroście ponad 170 cm musiałabym prawie wyprostować nogi by dotknąć następny fotel. Każde siedzenie ma regulację odchylenia, a także osobną podpurkę na stopy i osobną na łydki. Podsumowując, miejsca bardzo wygodne, można wygodnie usiąść, a także położyć i przespać.


Jak na razie miałam okazję korzystać z amerykańskich kolei na trasie Orlando - Miami i w drodze powrotnej. Każda trwała około pięciu godzin i moje wrażenia z pociągu są jak najbardziej pozytywne. Wygodnie, dość czysto, do toalety można wejść bez zatykania nosa, a i cena jak USA bardzo przystępna. Na pewno jeszcze skorzystam z oferty Amtraku, bo kto powiedział, że po Stanach to trzeba podróżować samochodem.

poniedziałek, 14 marca 2016

Miami Beach

Miami Beach to chyba jedna z najbardziej znanych plaż na świecie. Postanowiliśmy wybrać się tam w niedzielne popołudnie, chociaż dotarcie z centrum nie było wcale takie proste. 

Plaża w Miami położona jest na wyspie, na którą można dojechać jednym z dwóch mostów, które oczywiście bardzo często są zakorkowane. Autobusu ani widu, ani słychu, na przystanku informacji na temat rozkładu brak. Strona internetowa transportu publicznego w Miami jakoś nie chce działać, więc decydujemy się na złapanie taksówki. 



Przejazd oczywiście trochę trwa, bo zarówno na moście, jak i na samej wyspie gęsto od samochodów. Wysiadamy kilka przecznic od plaży i kierujemy się w stronę morza. Wszędzie pełno ludzi, zarówno tych typowych plażowiczów, jak i elegantów lansujących się z buteleczkami wody po 10$ sztuka, o cenach innych napojów nawet nie wspomnę.




Dochodzi piąta popołudniu, temperatura oscyluje wokół 18 stopni Celsjusza, ale woda jest zaskakująco ciepła. Na pewno cieplejsza od powietrza. Moczymy nogi i postanawiamy przejść się wzdłuż brzegu. Jakość piasku pozostawia wiele do życzenia, nasz gdański ze Stogów czy Jelitkowa bije ten z Miami na głowę. Morze oczywiście piękne, mieni się w kolorach przygotowującego się do zachodzenia słońca. Widok nieco psuje się, gdy odwrócimy głowę w drugą stronę, gdzie przy deptaku rzędami stoją hotele, jeden wyższy od drugiego.

Podczas spaceru znajdujemy na brzegu ciekawą fioletową meduzę, która przypomina wielkiego pieroga z mackami. Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej, a po drodze napotykamy jeszcze kilka podobnych żyjątek. Robi się coraz później, postanawiamy więc zawrócić. 




Zamiast brzegiem idziemy deptakiem i przyglądamy się przechodniom i okolicy. Bary już zapełnione, z każdego rozbrzmiewa głośna muzyka, klientela bardzo zróżnicowana. Sporo pań na obcasach, w sukniach wieczorowych i pełnym makijażu. Ale nie brakuje też surferów czy hippisów. Na ulicy nieopodal modnego klubu leży na kartonach kobieta jedząca pizzę. Ser topi się i rozlewa po niej, a ona z kolei zastyga w tak dziwnej pozycji, jakby rozlewała się po kartonach. 

Krajobraz zmienia się nieco, pojawia się zabytkowa zabudowa z początków dwudziestego wieku. Robimy kilka zdjęć i kierujemy się wgłąb wyspy, by złapać taksówkę i wrócić na stały ląd.




Miami Beach to miejsce, które warto zobaczyć. Myślę jednak, że wielka część jej uroku to jej rozpoznawalność uzyskana dzięki książkom, filmom czy serialom. Oczywiście klimat Miami jest sprzyjający, praktycznie przez większość roku jest ciepło i słonecznie, ale nie wybrałabym się tam na wypoczynek. Tłoczno, drogo, piasek taki sobie. Ale meduza-pieróg była czadowa.