Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik podróżnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik podróżnika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 września 2017

Z pamiętnika podróżnika (24) - Park Narodowy Yellowstone

Odwiedzenie Parku Yellowstone było jednym z moich podróżniczych marzeń i tego lata wreszcie udało się je spełnić. Park jest ogromny i spokojnie można by spędzić tam miesiąc, każdego dnia odwiedzając inne miejsce. My zabawiliśmy tam jedynie cztery dni i cztery noce, ale jak to się u nas w Polsce mówi - lepszy rydz niż nic, prawda?


Jeden z moich towarzyszy podróży porównał Yellowstone do parku z atrakcjami. Myślę, że to niezwykle trafne określenie, bo park jest niezwykle zróżnicowany i na każdym kroku czeka na nas inna niespodzianka. Góry, jeziora, rzeki, lasy, gejzery, wulkany, gorące źródła, wodospady i dzikie zwierzęta - każdy znajdzie coś dla siebie.


Naszym celem było oczywiście zobaczyć jak najwięcej i muszę powiedzieć, że ze względu na mnogość atrakcji nie było łatwo ułożyć plan naszej wyprawy. Z czegoś trzeba było zrezygnować, czasem iść na kompromis, ale myślę, że udało nam się w pełni wykorzystać czas, który było nam dane spędzić w Yellowstone.

Dzień pierwszy

Do parku dojechaliśmy wczesnym popołudniem, znaleźliśmy nasz kemping i zabraliśmy się za rozkładanie namiotu. Na dzień dobry obleciała nas ogromna chmara komarów, największa jaką widziałam w życiu. Na każdą nogę przypadała co najmniej setka krwiożerczych bestii. Chłopaki polecieli więc po niezbędne psikadła, a ja na poszukiwania sąsiadów, którzy byliby chętni pożyczyć nam pompkę do materaca. Obydwie misje zakończyły się sukcesem, więc mogliśmy już spokojnie wyruszyć na rozpoznanie terenu. 


Po drodze mieliśmy pierwsze bliskie spotkanie z dziką zwierzyną. Piękne jelenie z owłosionymi rogami spokojnie skubały sobie trawkę nieopodal wjazdu na kemping. Po zrobieniu kilku fotek poszliśmy dalej, by zobaczyć jezioro. Pomyśleliśmy, że po kilkugodzinnej podróży samochodem miło będzie zrelaksować się na wypożyczonej łódce. Niestety, kiedy dotarliśmy do mariny, okazało się, że niebawem zamykają i nie można już skorzystać ze sprzętu. Poszliśmy więc przespacerować się brzegiem i podziwiać lekko ośnieżone szczyty gór po drugiej stronie wody. W czasie marszu przypomniało nam się, że jesteśmy głodni. Czas wracać na nasze miejsce noclegowe i szykować kolację. 


Po zjedzeniu pysznego posiłku wybraliśmy się na prezentację przygotowaną przez strażników parkowych. Każdy kemping w Yellowstone posiada mały amfiteatr, w którym pracownicy parku prowadzą wieczorne programy edukacyjne. Każdego dnia można poszerzyć swoją wiedzę na inny temat związany z parkiem. Tego dnia strażnik (a właściwie strażniczka) opowiadała o historii powstania parku. Po ciekawej prezentacji wróciliśmy na nasze miejsce, ale nie wchodziliśmy jeszcze do namiotu. Usiedliśmy przy drewnianym stoliku nieopodal i obserwowaliśmy piękne rozgwieżdżone niebo. Nie wytrzymaliśmy jednak długo, zmęczenie podróżą dawało o sobie znać i oczy zamykały się same. 



Dzień drugi

Główną atrakcją naszego pierwszego pełnego dnia w Yellowstone miała być wycieczka w góry, a konkretnie na Mount Washburn, jedno z najwyższych wzniesień w parku. Aby dostać się do szlaku prowadzącego na szczyt musieliśmy podjechać około pół godzinki samochodem. Po drodze zatrzymaliśmy się, by obejrzeć wulkan błotny. Nie robi on jakiegoś specjalnego wrażenia na zdjęciach, ale na żywo bulgoczące, gorące błotko wygląda naprawdę ciekawie. Jeśli dodamy do tego intensywne i niezbyt przyjemne zapachy towarzyszące, to mamy gwarancję, że na długi czas tego widoku (i smrodu!) nie zapomnimy.


Nieco odurzeni, ale już całkowicie rozbudzeni pojechaliśmy dalej w kierunku wejścia na szlak. Przejeżdżając przez Hayden Valley nie mogliśmy nie zatrzymać się po raz kolejny. Po rozległej dolinie przechadzało się wielkie stado bizonów. Było wśród nich sporo dorosłych osobników, ale były i też urocze maluchy. Piękny widok!


Następny przystanek zaliczyliśmy w Canyon Village, gdzie udaliśmy się by wypożyczyć sprej na miśki, a także przejść krótkie szkolenie, jak go używać. Posiadanie tej "broni" zalecane jest wszystkim turystom, którzy wybierają się na jakąkolwiek wędrówkę po szlakach w Yellowstone. Zrobiliśmy to tak bardziej na wszelki wypadek, podśpiewując się pod nosem, bo Amerykanie ogólnie mocno trzęsą tyłki o sprawy bezpieczeństwa i zwykle ostro z tym przesadzają.


Tak przygotowani dojechaliśmy wreszcie do szlaku i ruszyliśmy w górę. Droga nie była łatwa, a to ze względu na wielkie hałdy śniegu, w które się raz po razie zapadaliśmy. Pogoda była jednak przecudna, a widoki wynagradzały nam wszelkie trudy.



Zachwyciła nas widoki nie tylko otaczających nas lasów i gór, ale także drobnych kwiatów rosnących na zboczach i zwierząt spotykanych po drodze. Szczególnie cieszyły nas te zwierzaki, bo chociaż u nas na przedmieściach roiło się od wiewiórek i ptaków, to za każdym razem jak wybieraliśmy się do parku czy to stanowego, czy narodowego, znaczniej łatwiej było o tłumy ludzi niż zwykłego jelonka czy lisa.




Po około dwóch godzinach marszu dotarliśmy na szczyt i spałaszowaliśmy zasłużoną przekąskę podziwiając piękne widoki wokół. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to Mount Washburn będzie najwyższą górą, na którą się wdrapałam. Trzy tysiące sto piętnaście metrów nad poziomem morza to już coś!


Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną. I tym razem mieliśmy szczęście do zwierzaków, bo na zboczach góry udało nam się wypatrzeć kozice. Po dotarciu do samochodu zjechaliśmy nieco niżej, znaleźliśmy miejsce parkingowe i zeszliśmy w dół kanionu.


Kanion Yellowstone jest jednym z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam. Patrząc na ten cud człowiek zastanawia się, czy nie wszedł przypadkiem do fotoszopa. Słowa są tu zbędne, lepiej popatrzcie na zdjęcia.




Niełatwo było oderwać wzrok od kanionu i wrócić do samochodu. Burczące brzuchy przypomniały nam jednak, że czas już zjeść coś porządniejszego. Jedziemy więc na kemping, przygotować sobie obiado-kolację. 

W aucie wymienialiśmy się wrażeniami. Tyle się zdarzyło i tyle wspaniałości zobaczyliśmy, że ten dzień chyba nie mógłby być lepszy. Okazało się jednak, że był! Na zjeździe na jeden z kempingów utworzył się mały korek, który dał nam trochę czasu na wnikliwsze wyglądanie przez okno. W głębi lasu dostrzegliśmy poruszającą się majestatycznie brunatną plamę. Gdy plama zbliżyła się nieco do szosy, nie było już wątpliwości, że to najprawdziwszy NIEDŹWIEDŹ! Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Zaczęłam otwierać okno, by zrobić lepsze zdjęcie, a Borja ścisnął mocniej sprej na miśki i trzymał go w gotowości. A tak żeśmy się naśmiewali z przewrażliwionych na punkcie bezpieczeństwa Amerykanów...


Niezmiernie szczęśliwi wróciliśmy na nasze miejsce noclegowe, przygotowaliśmy posiłek, a potem udaliśmy się do amfiteatru na wieczorną prezentację. To był piękny dzień, ciekawe, co nas czeka jutro...

C.D.N.

niedziela, 19 lutego 2017

Z pamiętnika podróżnika (23) - Miasto Aniołów

Jeśli przeglądaliście moją listę miejsc, które chciałabym odwiedzić w Stanach, to być może pamiętacie, że wcale nie było na niej Los Angeles. Nie ciągnęło mnie tam jakoś specjalnie i nie planowałam raczej odwiedzić Miasta Aniołów. Do czasu...


W drodze powrotnej z Hawajów mieliśmy przesiadkę na lotnisku w LA. Gdy przemieszczałam się pomiędzy terminalami w poszukiwaniu znośnego jedzenia na obiad, moją uwagę przykuł widok z okna. Poza palmami i budynkami w oddali widniały zielone wzgórza, które wydawały się dziwnie znajomo. Przyjrzałam się nieco uważniej i tak, nie miałam już wątpliwości, że oto patrzę na Fabrykę Snów. Co prawda pojedynczych liter ze słynnego napisu "Hollywood" nie byłam w stanie rozróżnić, bo z tej odległości wyglądało to raczej jak rozmazany biały prostokąt, ale widziałam przecież, że tam są i poczułam, że mnie do siebie przywołują. Od tej chwili było już dla mnie jasne, że bez odwiedzin w Los Angeles się nie obejdzie.

Sposobność do wyjazdu nadarzyła się nadzwyczaj szybko, bo z okazji inauguracji nowego prezydenta miałam w szkole jeden dodatkowy wolny dzień. Kupiłam więc bilety i w piątkowy poranek zameldowałam się na lotnisku. Miasto Aniołów powitało mnie ulewnym deszczem, który podobno w Kalifornii zdarza się zbyt często. No, ale tak, ja oczywiście miałam szczęście i akurat padało i to na tyle intensywnie, że wszelkie aktywności na dworze były wykluczone. Zwiedzanie Los Angeles rozpoczęłam zatem od Muzeum Sztuki.




Zaopatrzyłam się w ulotki informacyjne, wybrałam kilka interesujących mnie wystaw i ruszyłam na wycieczkę. Rozpoczęłam od ekspozycji porównującej twórczość Picassa i Diega Riviery, by później skupić się bardziej na sztuce nowoczesnej. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja zatytułowana "Metropolis" oraz japońskie plakaty.




Gdy ja buszowałam po muzeum, na dworze zaczęło się nieco przejaśniać, dzięki czemu po obejrzeniu interesujących mnie wystaw mogłam wybrać się na spacer. Na początku nie miałam, żadnego konkretnego celu, oglądałam sobie domy i obserwowałam ludzi, ale gdy w pewnym momencie na horyzoncie pojawiły się hollywoodzkie wzgórza wraz ze słynnym napisem. Spojrzałam na mapę i okazało się, że jestem całkiem blisko Alei Gwiazd i właśnie tam postanowiłam się udać.



Hollywood Walk of Fame widziałam wcześniej na zdjęciach pojawiających się w prasie zazwyczaj z okazji odsłonięcia nowej gwiazdy przez jakiegoś aktora czy piosenkarza. Podczas takiej uroczystości wszystko wokół wygląda bardzo uroczyście, ale na codzień ulica Hollywood Boulevard, na której owe gwiazdy się znajdują wygląda bardzo zwyczajnie. Ciężko spotkać tam mieszkańców, przechodnie to przede wszystkim turyści, jest dużo sklepów z pamiątkami i trochę restauracji. Na wielu odcinkach można spotkać bezdomnych, których zresztą w LA jest bardzo dużo.




Po tym spacerze poczułam nagle wielkie zmęczenie i stwierdziłam, że tyle wrażeń musi mi jak na pierwszy dzień wystarczyć.

Sobota była na szczęście słoneczna i postanowiłam wykorzystać to i udać się na plażę w Santa Monica. Bardzo spodobało mi się to miejsce, bo wręcz tętniło życiem. Dzieci i dorośli grający w piłkę czy w siatkówkę, rowerzyści, biegacze i ludzie spacerujący po molo, jakże inny świat od tego co widziałam dzień wcześniej w Hollywood. Jeśli kiedykolwiek w ogóle rozważałabym możliwość mieszkania w Kalifornii to chyba właśnie dla tej plaży. Dodatkową atrakcją są domki ratowników znane chociażby z serialu Słoneczny Patrol.






Ponieważ pogoda sprzyjała urządziłam sobie naprawdę długi spacer i jak się później okazało dotarłam na inną plażę - Venice Beach. Miejsce też bardzo ciekawe, bardziej na luzie i naprawdę można by tam siedzieć godzinami i obserwować ludzi. Nie mogłam sobie jednak na to pozwolić, bo przed powrotem do Waszyngtonu chciałam odwiedzić jeszcze jedną atrakcję - napis Hollywood.





Przemieszczenie się z plaży do Fabryki Snów zajęło mi naprawdę sporo czasu, LA jest ogromne, a transport publiczny nie działa tam zbyt sprawnie. Gdy wysiadłam z metra czekała mnie jeszcze około godzina marszu pod górę. Po drodze podziwiałam wielkie piękne domy i z uwagą przyglądałam się przejeżdżającym samochodom, bo a nuż widelec w środku siedzi ktoś sławny. Z każdym krokiem czułam coraz mocniej zmęczenie w nogach, tego dnia zrobiłam chyba z piętnaście kilometrów. Widok na szczycie wynagrodził mi jednak cały wysiłek. Niby tylko rząd białych liter, ale jakoś niezwykle mi się ten napis Hollywood podoba.


Na sam koniec pobytu w Mieście Aniołów ja spotkałam swoich. Wspomniałam już, że miałam kilkanaście kilometrów w nogach, a w perspektywie jeszcze godzinę drogi (no może trochę mniej, bo z górki) powrotnej by dostać się do metra. Gdy już, już miałam zbierać się by schodzić, zostałam zagadnięta przez policjantów, którzy po krótkiej rozmowie zaproponowali mi podwózkę. Siedziałam więc na miejscu dla aresztantów, ale cała szczęśliwa, że nie muszę używać własnych nóg. Przez całą drogę miło sobie gawędziliśmy z moimi wybawcami. Kiedy byliśmy już prawie przy metrze policjanci oznajmili mi, że zamierzają się zatrzymać w kawiarni i kupić donuty. I do dziś nie wiem, czy naprawdę mieli taki zamiar, czy w ten sposób zażartowali sobie ze stereotypu utrwalanego w filmach...

Mój krótki pobyt w Los Angeles dobiegł końca, ale bardzo cieszę, że udało mi się tam pojechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Z pamiętnika podróżnika (22) - Tydzień na Hawajach

Archipelag Hawaje składa się aż ze stu trzydziestu siedmiu wysp. My postanowiliśmy wybrać się na największą z nich - Hawai'i, zwaną także po prostu Big Island.

Wydaje mi się, że wiele osób kojarzy Hawaje gównie z plażą. Plaże oczywiście na Wielkiej Wyspie są, ale jest ona zdecydowanie bardziej różnorodna. Poza dwoma skrajnymi klimatami - arktycznym i pustynnym, możemy tam znaleźć tam znaleźć wszystkie inne pośrednie. Są i lasy deszczowe i śnieg na szczycie wulkanu Manua Kea. Ot, taka Ziemia w pigułce.


Tydzień na Big Island był dość intensywny, nie bardzo był czas, by pisać na bieżąco. Ale dzisiaj chciałabym Wam tak w skrócie opowiedzieć jak te siedem dni na końcu świata wyglądało.

niedziela
Około dwudziestej pierwszej czasu lokalnego lądujemy w Hilo, najbardziej deszczowym mieście w USA. Drugim w stanie Hawaje pod względem liczby mieszkańców, zaraz po Honolulu . Jest ciepło, lekko mży, Wsiadamy do taksówki i ruszamy w stronę wynajętego przez airbnb mieszkania. Przez otwarte okna samochodu dobiegają dziwne dźwięki. Pytamy taksówkarza, o co chodzi. Okazuje się, głośny gwizd to sprawka gatunku żab przywiezionych przez przypadek z Puerto Rico. Coqui frogs nie są lubiane na Wielkiej Wyspie. Jest to miejsce bardzo spokojne i mieszkańców bardzo denerwują nocne hałasy. Nam żaby jakoś szczególnie nie przeszkadzały w zasypianiu, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że małego rozmiaru żabka nieźle koncertuje, posłuchajcie sami (dźwięk zaczyna się od 19 sekundy filmiku).



poniedziałek
Mimo zmęczenia dwunastogodzinną podróżą budzimy się bardzo wcześnie. Próbujemy jeszcze zasnąć, ale nie bardzo się udaje, więc postanawiamy obejrzeć wschód słońca. Ubieramy się i kierujemy swoje kroki w stronę oceanu. Obserwujemy zmieniające kolory niebo i słońce oświetlające palmy i wody Hilo Bay. Jest pięknie. Oglądamy ten spektakl natury do czasu gdy zaczyna nam burczeć w brzuchach. Szukamy miejsca na śniadanie, a potem przechadzamy się po mieście. Trochę budynków w stylu kolonialnym, niektóre naprawdę bardzo ładne, ale większość sprawia wrażenie zaniedbanych. Naszą uwagę zwracają znaki drogowe wskazujące drogę ewakuacyjną w przypadku tsunami. Miasto wydaje się bardzo spokojne, turystów prawie nie ma, trochę większy ruch panuje w okolicach rynku, gdzie można kupić świeże owoce i warzywa. W czasie przechadzki co rusz natykamy się na latające parami żółte ptaki, jaszczurki oraz na kolorowe, rosnące na dziko kwiaty.






wtorek
Dziś wreszcie słońce świeci pełną parą, ruszamy więc na wycieczkę na plażę. Nad wodą można łatwo zauważyć niezbite dowody na to, że Hawai'i to wyspa wulkaniczna, bo skały są czarne jak smoła. Jakoś to połączenie zastygłej lawy i wody niezmiernie mi się wizualnie podoba, a jeśli dodamy do tego jeszcze palmy to już w ogóle pieję z zachwytu. Po drodze mijamy inne plaże, niezbyt nadające się do kąpania, ale nie pozbawione uroku. Na miejscu jest już trochę ludzi, woda jest przejrzysta, nic tylko pływać. Wchodzę do wody i tuż obok mnie przepływa około jedno metrowy żółw! Wow, takiego spotkania trzeciego stopnia się nie spodziewałam! Ale super!





środa
Po dniu plażowania czas na nieco aktywniejsze spędzanie czasu, jedziemy na wycieczkę rowerową po Parku Narodowym Wulkany Hawai'i. Oglądanie lawy w dzień jest super, na zdjęciach jej co prawda nie widać, ale przez lornetkę da się wypatrzyć. Przy punkcie widokowym na krater jest sporo ludzi, ale po przejechaniu małego kawałka drogą dla rowerów zrobiło się zupełnie pusto i cicho. Nic jednak nie może równać się do oglądania lawy nocą. Kolory są po prostu niesamowite!









czwartek
Na przedmieściach Hilo znajduje się jeden z bardziej znanych wodospadów na Wielkiej Wyspie - Rainbow Falls. Swoją nazwę zawdzięcza pojawiającej się w słoneczne ranki tęczy. Tam właśnie kierujemy dziś swoje kroki. Pospaliśmy trochę dłużej, bo wczorajsza długa wycieczka nieco nas zmęczyła. Docieramy do wodospadu, jest kilka minut po dziewiątej i tęczy jeszcze nie widać. Słoneczko ładnie świeci więc jest nadzieja, że niedługo się pojawi. Spacerujemy wokół i sprawdzamy widok z różnych punktów, aż w końcu około godzinę później udaje nam się wypatrzyć nieśmiało pojawiającą się tęczę. Wracamy do Hilo na obiad, a popołudniu relaksujemy się w ogrodach Lili'uokalani i na Coconut Island.




piątek
Po wczorajszym luźniejszym dniu znów jesteśmy gotowi na dłuższą wyprawę. Wsiadamy do kursującego po Wielkiej Wyspie autobusu, który spóźnił się o ponad pół godziny. Wysiadamy w miasteczku Honoka'a, gdzie mamy zamiar wypożyczyć rowery i dojechać do punktu widokowego na dolinę Waipio. Okazuje się, że wypożyczalnia już nie istnieje, co nieco komplikuje nam dotarcie do upragnionego miejsca. Moglibyśmy iść na piechotę, ale zajęłoby nam to około trzech godzin w jedną stronę, a i droga niezbyt ciekawa - szosa i las po obydwu stronach. Próbujemy więc łapać stopa. Nie mija nawet pięć minut i przy naszych wyciągniętych kciukach zatrzymuje się pick up. W środku siedzi czwórka młodych ludzi, a na półotwartej "pace" (co na Hawajach jest legalne) kolejna dwójka. Siadamy naprzeciwko nich, oferują nam nawet kocyk i ruszamy. Wiatr we włosach i czujemy się jak w kabriolecie. Po kilkunastu minutach już jesteśmy na miejscu. Dziękujemy naszym kierowcom i biegniemy do punktu widokowego. Dolina Waipio jest piękna! Szkoda, że zanim dotarliśmy trochę się zachmurzyło, ale cóż zrobić, trzeba się cieszyć tym co jest. Pałaszujemy przygotowane wcześniej kanapki, pstrykamy kilka zdjęć i ruszamy w drogę powrotną. Łapiemy na stopa miłą parę z Wisconsin, która zabiera nas do Honoka'a. Przechadzamy się trochę po miasteczku, które przypomina trochę scenografię westernów, a potem czekamy na autobus i wracamy do Hilo. Co za dzień pełen przygód!


sobota
Dziś już niestety ostatni dzień naszej hawajskiej przygody. Kolejny raz przechadzamy się po miasteczku, by pożegnać się z ulubionymi miejscami. Idziemy poleżeć trochę na plaży i w parku, a potem niestety trzeba się już pakować. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, kto wie...