Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ach ta Ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ach ta Ameryka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lipca 2017

Moje pierwsze rodeo

Kowboje i Dziki Zachód to chyba jedne z pierwszych rzeczy, które kojarzą nam się z Ameryką. Zaraz obok hamburgerów i grubasów. Od czasu przeprowadzki do Stanów miałam chrapkę by poznać nieco bliżej ten znany z westernów świat. Okazja pojawiła się podczas naszego ostatniego road tripa (wybaczcie używanie angielskiej nazwy, ale nie znalazłam żadnego tłumaczenia, które w pełni by mnie satysfakcjonowało; jeśli macie jakieś pomysły, to dawajcie znać) i z radością postanowiłam z niej skorzystać.



Do małego miasteczka w stanie Idaho, o wdzięcznej nazwie Mountain Home przybyliśmy późnym popołudniem. Zameldowaliśmy się w motelu, zaopatrzyliśmy w prowiant i ruszyliśmy na rodeo. Ekscytacja narastała wraz ze zbliżaniem się do stadionu. Wielkie pick-upy, faceci w kapeluszach, panie w kowbojskich butach - nie ulegało wątpliwości, że jesteśmy na Dzikim Zachodzie. Po zakupie biletów weszliśmy na teren imprezy, gdzie rozstawiono stoiska z jedzeniem, piciem i pamiątkami. Z głośników leciała oczywiście muzyka country. Pokręciliśmy się trochę po straganach, obserwując ludzi, a gdy wybiła ósma wieczorem udaliśmy się w stronę metalowych trybun by zająć miejsca.



Rodeo rozpoczął oczywiście (a jakżeby inaczej!) hymn Stanów Zjednoczonych zaśpiewany przez lokalną artystkę. Po ukłonie w stronę patriotyzmu, był i ukłon w stronę komercji. Prowadzący przedstawił sponsorów wydarzenia, a jeźdźcy wjechali na arenę trzymając flagi z logo poszczególnych firm. Były wśród nich lokalne firmy zajmujące się handlem nieruchomościami, ale także np. znana wszystkim restauracja inna niż wszystkie.



Po prezentacji sponsorów rozpoczęła się pierwsza konkurencja, która polegała na ujeżdżaniu dzikiego konia baz siodła. Niektórzy utrzymywali się na ich grzbiecie naprawdę długo, ku uciesze publiczności, która reagowała bardzo żywiołowo. Po występie każdego zawodnika sędziowie przyznawali punkty za styl i czas.



Do drugiego zadania stanęli nieco starsi kowboje. Polegało ono na zeskoczeniu z konia w czasie jazdy i złapaniu cielaka, tak, by położyć go na boku. Następna konkurencja była dość podobna, tyle że cielaka trzeba było złapać na lasso, a następnie zejść z konia i zawiązać zwierzęciu nogi. Niektórzy z zawodników wykonywali tę ostatnią czynność tak szybko, że przydałyby się ekrany z powtórkami.

W przerwach widzów zabawiały dialogi pomiędzy prowadzącym, a klaunem, który jest obowiązkowym elementem tradycji rodeo. Żarty nie były być może zbyt wysokich lotów, ale jak widać dowcipy o teściowej są popularne na całym świecie, na Dzikim Zachodzie też. Co jakiś czas pojawiały się też przerwy na reklamy, wspomniani wcześniej jeźdźcy z flagami zawierającymi logo firm wjeżdżali na arenę i okrążali ją przy okrzykach prowadzącego.

Po krótkim oddechu kowboje wrócili do rywalizacji. Na arenę ponownie wjechały dzikie konie, tym razem osiodłane, co pozwoliło zawodnikom na dłuższe utrzymanie się na ich grzbiecie. Potem przyszła kolej na konkurencję rozgrywaną w parach. Celem było złapanie cielaka na lasso podczas jazdy konnej. Pierwszy z kowbojów musiał zarzucić je na szyję, a drugi na nogę zwierzęcia. Okazało się to bardzo trudnym zadaniem, chyba tylko dwóm z sześciu czy siedmiu startujących par udało się dopiąć celu.



Jak być może zauważyliście do tej pory zawodnikami byli tylko mężczyźni. Po kilku męskich konkurencjach przyszedł czas na rywalizację pań. Na arenie rozstawiono trzy beczki, które układały się w kształt równoramiennego trójkąta. Zadaniem kowbojek było jak najszybsze pokonanie tej trasy na koniu. Trudność polegała na znalezieniu równowagi pomiędzy szybkością, a precyzją, bo dziewczyny, które za mocno rozpędzały swoje rumaki, miały potem problem, by odpowiednio wcześnie wyhamować, zawrócić i nie przewrócić beczki.

Na deser pozostała najsłynniejsza i chyba najbardziej widowiskowa konkurencja - ujeżdżanie byka. O ile dzikie konie wierzgały się po całej arenie i mocno podskakiwały, to byki przede wszystkim kręciły się wokół własnej osi. Chyba żaden z kowbojów nie utrzymał się na grzbiecie dłużej niż kilka sekund. Gdy już z niego spadał, uciekał szybko za płot, a do akcji przystępował specjalnie wytrenowany pies. Co zabawne, jego rozmiary mocno kontrastowały z gabarytami byków, które jednak grzecznie udawały się z powrotem do zagrody.

Po zakończeniu zawodów na wszystkich kowbojów i kowbojki, a także widzów czekał koncert muzyki country z tańcami pod chmurką.

PS. Zdjęcia nie do końca oddają klimat rodeo, dlatego przygotowałam dla Was krótki filmik :)

niedziela, 4 czerwca 2017

Jacy są Amerykanie?

Bardzo trudno jest scharakteryzować Amerykanów, chyba trudniej niż na przykład Włochów czy Francuzów. USA to ogromny kraj, każdy stan jest inny, Nowy Jork i Hawaje to dwie różne bajki. Mimo wszytko po prawie dwóch latach mieszkania tutaj podejmę się zadania i spróbuję wyróżnić kilka cech, które powtarzają się u większości poznanych przeze mnie Jaknesów.


Miły, milszy, Amerykanin

Jeśli mijasz na ulicy sąsiada, nie ma opcji, by nie powiedział ci "dzień dobry", ekspedientka w sklepie zawsze zapyta, jak się miewasz, a ludzie wysiadający z autobusu podziękują kierowcy krzycząc "thank you!" nawet z drugiego końca pojazdu. O tak, Amerykanie są niezwykle uprzejmi i to cecha, która zazwyczaj najbardziej rzuca się w oczy zaraz po przyjeździe do USA. Czasem może wydawać się to trochę sztuczne, ale muszę powiedzieć, że jednak w większości bardzo umila to i ułatwia załatwianie codziennych spraw.

Big small talk

Zarówno ze znajomym jak i nieznajomym Amerykanin potrafi rozmawiać godzinami i to o niczym. Nie raz i nie dwa byłam świadkiem rozmowy osób, które nie znając się wcześniej przegadały ze sobą kilkogodzinny lot, relacjonując sobie szczegółowo dojazd na lotnisko, przejście przez kontrolę i inne równie emocjonujące szczegóły.

Tabu? A co to takiego?

Nieznajomy Amerykanin, którego mijasz na ulicy będzie miły, ale co cię czeka, gdy już się nieco poznacie? Przygotuj się na bezpośredniość! Koleżanki z pracy już po dwóch tygodniach znajomości nie miały oporów by dzielić się ze mną historiami swoich rozwodów i szczegółami przebiegu menopauzy. A, i nie zdziw się, gdy kasjerka w sklepie poczuje nieodparte pragnienie, by poinformować cię, że właśnie dostała okres.

Trzymam się zasad

Amerykanie lubią jasno określone zasady i starają się ich trzymać. Wszyscy sprzątają po swoim psie, grzecznie stoją w kolejce, a wychodząc z samolotu przepuszczają do wyjścia pasażerów siedzących w rzędzie przed nimi. Metro, autobusy i skwery pełne są tabliczek z nakazami i zakazami i groźno brzmiącym przypomnieniem "it's the law". Dobrze jest wiedzieć, czego można się spodziewać po zachowaniu ludzi, a i miło, że na spacerze nie trzeba chodzić slalomem pomiędzy psimi kupami, jednak czasami to sztywne trzymanie się zasad potrafi być irytujące.

Urodzeni mówcy

Cechą, której chyba najbardziej zazdroszczę Amerykanom jest umiejętność publicznego przemawiania. Nawet osoby, które wydają się trochę nieśmiałe w innych kwestiach, jeśli sytuacja tego wymaga nie boją się mówić na szerszym forum. Ich wypowiedzi zawsze wydają się zaplanowane i przemyślane, jakby mieli kogoś, kto im pisze przemówienia, a przed sobą prompter.

Myślę, że Amerykanie dają się lubić, chociaż oczywiście jak każdy naród mają swoje przywary. Ale któż ich nie ma, prawda? A Wy? Znacie jakiś Amerykanów? Jak ich odbieracie? Chętnie poznam Wasze zdanie.

niedziela, 6 listopada 2016

Superman na prezydenta, czyli ciekawostki o wyborach w USA

Wybory w USA już w najbliższy wtorek. Niektórzy odliczają godzinny do głosowania, a inni, tak jak na przykład jedna z moich koleżanek z pracy tylko czekają, aż "to wszystko się wreszcie skończy i ludzie przestaną o tym gadać". Zamieszanie rzeczywiście jest spore i nie da się tego nie zauważyć, nawet nie mając telewizora. Oto kilka ciekawostek na temat zbliżających się wielkimi krokami wyborów.


1. Jeśli nie interesujecie się za bardzo amerykańską polityką, a wiedzę o kampanii prezydenckiej czerpiecie z wyrywkowych informacji zasłyszanych w radiu czy telewizji, to być może nie wiecie, że Hilary Clinton i Donald Trump nie są jedynymi kandydatami do objęcia najwyższego urzędu w USA. Oprócz nich o stanowisko prezydenta ubiega się wielu innych kandydatów, wśród nich między innymi Gary Johnson (były gubernator Nowego Meksyku, kandydat Partii Libertariańskiej), Jill Stein (lekarka, kandydatka Partii Zielonych), Princess Khadija Jacob Fambro i Dan Vacek.

2. Ilu zatem jest kandydatów? Takich, których nazwisko znajduje się na kartach do głosowania w co najmniej jednym stanie jest trzydziestu jeden, ale nazwisko swojego kandydata można także dopisać w wyznaczonym miejscu. Poza oficjalnymi kandydatami swoją kampanię prowadzi wielu innych, ja naliczyłam łącznie 540 (jeśli nie wierzycie, sprawdźcie sami) i wśród nich znalazłam między innymi Supermana, a właściwie Paula "Supermana" Flakenberga. Ciekawe jakie ma hasło wyborcze... ;)


3. Chociaż media skupiają się przede wszystkim na wyborach prezydenckich, to ósmego listopada zapadną również inne decyzje. Amerykanie wybiorą swoich reprezentantów w Kongresie, zarówno w Senacie jak i w Izbie Reprezentantów, a także przedstawicieli lokalnych władz. Dla przykładu w hrabstwie w którym mieszkamy odbędzie się głosowanie na członków Kuratorium Oświaty, sędziów, a także zadecyduje się o przyjęciu (lub nie) zmian w konstytucji stanowej.

4. Zaangażowanie polityczne obywateli jest widoczne na każdym kroku. Amerykanie chętnie chwalą się swoimi poglądami, stawiając bannery do ogródka czy naklejając naklejki na swój samochód. Ludzie umawiają się na wspólne oglądanie debat kandydatów, zarówno w domach, jak i w barach. Szczytem zaangażowania w wybory, który zaobserwowałam podczas tej kampanii był pewien obywatel Nowego Meksyku, który stał na kładce nad autostradą i wymachiwał wielkim plakatem Trumpa, tak by wszyscy przejeżdżający zauważyli. Cóż za poświęcenie, ciekawe ile godzin tam spędził...

Mam nadzieję, że chociaż trochę udało mi się Was zaskoczyć. Która informacja najbardziej Was zdziwiła?

sobota, 13 lutego 2016

Cała prawda o Snowzilli

Ostrzegawcze prognozy pogody, komunikaty, by nie wychodzić z domu, zamknięte szkoły, zamknięte metro, nie działające autobusy. Tak wyglądał Waszyngton podczas wizyty Snowzilli. Czy naprawdę było tak strasznie, by zamykać całe miasto na dwa dni?

Zacznijmy od śniegu. Rzeczywiście spadło go sporo, tak do kolan spokojnie. Jak na dwa dni opadów to dość imponujący wynik. O ile mnie pamięć nie myli, to poza górami nigdy takiej ilości śniegu nie widziałam, a już na pewno nie w mieście.




Prognozy zapowiadały jednak nie tylko obfite opady śniegu, ale też silny wiatr. Wyczekujący na katastrofę musieli się jednak mocno rozczarować, bo przez większość czasu nie wiało prawie wcale, a gdy już zdarzał się jakiś ruch powietrza, to podmuchy całkowicie mieściły się w normie.

Snowzilla okazała się zatem być nie śnieżną burzą, ale zwyczajnymi, chociaż dość znacznymi opadami śniegu. Zaczęło sypać w piątek około trzynastej, a w sobotę późnym wieczorem było już po wszystkim. W niedzielny poranek powitało nas piękne słońce.



No tak, śnieżek popadał sobie przez półtorej dnia w weekend, a szkoły zamknięte przez cały następny tydzień, bo tyle trwało odśnieżanie dróg i doprowadzanie chodników do używalności. I to już dla mnie absurd zupełny, bo miasto zamiast robić to na bieżąco, przez piątek i sobotę nie robiło nic, by potem nagle zerwać się do oczyszczania ulic. Było to oczywiście trudniejsze, niż gdyby odśnieżali także w czasie opadów.

Opóźnienie w rozpoczęciu prac nie tylko utrudniło późniejszą robotę, ale i spowodowało dodatkowe problemy. No bo śnieżyca sobie, a na przykład takie szpitale muszą przecież funkcjonować. Nie wszyscy mogli zamknąć się w domach na dwa dni. A skoro byli tacy, którzy musieli pracować, to do tej pracy musieli jakoś dotrzeć. Szczęściarze mieszkający niedaleko poradzili sobie jakoś idąc na piechotę. Ale co z resztą? Czytałam o osobach, które jechały rowerem. Nie chcę nawet myśleć jak ciężkie musiało to być zadanie w śniegu po kolana. Inni, zapewne nie mając wyboru, wsiadali w samochód, co też raczej bezpieczne nie było. Można więc powiedzieć, że miasto w jakiś sposób naraziło mieszkańców na niebezpieczeństwo.



Metro, jak już wspomniałam, nie działało przez dwa dni, a właściwie dwa i pół, o autobusach nie wspomnę. Na trasie miejskich pociągów są odcinki naziemne, można więc jeszcze zrozumieć, dlaczego te stacje były zamknięte. Ale reszta? W Nowym Jorku, do którego również zawitała Snowzilla metro działało bez większych utrudnień. W Waszyngtonie tłumaczenia były takie, że przecież wejścia do podziemnych tuneli trzeba odśnieżyć. No tak, skoro nie robi się tego na bieżąco, to potem nagle jest kilka ton śniegu do przerzucenia.

Podsumujmy więc: tak opady śniegu były obfite. Zapowiadany koniec świata jakoś jednak nie nastąpił. Snowzilla przyspożyła stolicy USA sporo problemów, ale spora część z nich została spotęgowana przez działania (a właściwie ich zaniechania) lokalnych władz.

I jeszcze na sam koniec jedna myśl. Znajomi Amerykanie słuchając moich narzekań i żartów, z tego, w jaki sposób radzą sobie ze śniegiem najczęściej tłumaczyli, że opady białego puchu są tutaj rzadkością.



Serio? To dlaczego wszyscy nasi sąsiedzi mają szufle do odśnieżania, a nawet kilka? Dlaczego, gdy poszliśmy do parku w niedzielę to wszyscy mieli sanki i specjalne spodnie na śnieg? No właśnie...

O tym, co się działo w DC tuż przed Snowzillą możecie przeczytać tutaj.

piątek, 22 stycznia 2016

Waszyngton gotowy na koniec świata

Co jakiś czas różne źródła informują nas o rychłym nadejściu końca świata. Na szczęście Waszyngton podjął odpowienie kroki, by się na to przygotować.


Szkoła, w której pracuję rozpoczęła wczoraj pracę z dwugodzinnym opóźnieniem, dziś w ogóle jest zamknięta, podobnie jak wszystkie szkoły w Dystrykcie Kolumbii oraz dwóch sądziednich stanach Maryland i Wirginia.

Ludzie rzucili się do sklepów, w supermarketach brakuje wózków, a długość kolejek do kas uniemożliwia innym klientom swobodne poruszanie się pomiędzy regałami. Aby doczekać się możliwości zapłacenia za zakupione artykuły trzeba spędzić w ogonku co najmniej godzinę, zakładając oczywiście, że uda się kupić to, po co się przyszło, bo stopniowo zaczyna brakować poszczególnych produktów i półki zaczynają świecić pustkami.

O godzinie trzeciej popołudniu przestają kursować autobusy, o jedenastej wieczorem ostatni kurs metra. Transport publiczny waszyngtońskiej metropolii zawiesza działalność na całą sobotę i niedzielę z możliwością przedłużenia tego okresu.

Facebook też szaleje. Wszyscy znajomi z okolicy piszą i mówią tylko o tym.

Zastnawiasz się czy przegapiłeś doniesienia o nadchodzącym armagedonie? Nie, po prostu w Waszyngtonie spadł śnieg.


Na razie kilka centymetrów, które spowodowały opóźnienia w otwarciu szkół i innych instytucji publicznych, a także zamknięcie wielu dróg i zjazdów z autostrady. Podobno nawet Obama utknął w korku i jego 10 minutowa podróż zamieniła się w ponad godzinną wycieczkę.



Na weekend zapowiadane są kolejne opady. Tym razem z nieba może spaść nawet siedemdziesiąt centymetrów białego puchu. Sporo? Na pewno niemało, ale żeby od razu nazywać dwudniowe opady burzą śnieżną (snowstorm)?! Żeby zamykać szkoły, urzędy, robić zapasy wymiatające do czysta sklepowe półki? Nie wspomnę już o zawieszeniu całego transportu publicznego w okolicy na co najmniej dwa dni...


źródło: FB Marka Wałkuskiego - korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie



Na stronie internetowej Washington Post ogłoszono głosowanie na nazwę zimowej burzy. Wśród propozycji znalazły się m.in. Snowzilla, Snowtastrope, a także Make Winter Great Again, które jest nawiązaniem do hasła wyborczego jednego z republikańskich kandydatów na prezydenta. Kto interesuje się nieco amerykańską polityką na pewno się nieźle uśmieje.



Zresztą nie tylko nazwy burzy śnieżnej mnie bawią. Z dystansem podchodzę do wszystkich ostrzeżeń, bo chyba te kilkadziesiąt centymetrów śniegu to jeszcze nie koniec świata. Może się mylę, może w niedzelę będę musiała przyznać rację wszystkim panikującym. Ale coś mi się wydaje, że dużo w tym wszystkim amerykańskiej przesady. Chyba naooglądali się za dużo filmów. Amerykańskich oczywiście.

wtorek, 22 grudnia 2015

Z pamiętnika podróżnika (10) - Przystanek Buffalo, stan Nowy Jork




Miejsca, które do tej pory odwiedziłam w Stanach to przede wszystkim duże miasta. Ogólnie rzecz biorąc normalne miejsca, w których mieszkają normalni ludzie i jest dość bezpiecznie. No dobra, może od czasu do czasu zdarzy się w waszyngtońskim metrze jakiś spontaniczny człowiek, który nagle zapragnie zatańczyć lub zaśpiewać na oczach wszystkich wcale nie oczekując zapłaty za swoje popisy. Są też tacy, którzy wdają się w kłótnie z konduktorem mówiącym przez głośniki, co zawsze jest ciekawe, bo konduktor ich słyszeć oczywiście nie może. Ale generalnie jest dość spokojnie.


Wyprawa do Wodospadów Niagara, a właściwie związana z nią podroż powrotna i kilkogodzinne czekanie na stacji autobusowej w Buffalo pozwoliło mi ujrzeć zupełnie inny obraz Ameryki. Być może bardziej prawdziwy, chociaż może wydawać się nieco surrealistyczny.


Stacja autobusowa w Buffalo to hala wielkości dwóch sporych sal gimnastycznym. Na środku wielkiej przestrzeni znajduje się wysepka z czymś pomiędzy barem i kawiarnia. Przed wysepka kilkanaście okrągłych stolików otoczonych krzesłami, a po bokach obok drzwi prowadzących na stanowiska autobusowe rzędy plastikowych foteli dla oczekujących pasażerów. Budynek już nie najnowszy, na oko około 30-40 lat, ale widać, że odnowiony kilka lat temu. Jeden z kątów, w którym jeszcze niedawno były wyjścia na kolejne stanowiska, jest odgrodzony drewnianymi płytami z napisem restroom construction. Widać dopiero po tych kilkudziesięciu latach ktoś zorientował się, ze może jednak w poczekalni przydałaby się toaleta. Na razie znajduje się w baraku obok dworca.


Ponieważ do przyjazdu naszego autobusu jeszcze ponad cztery godziny zamawiamy w barowej wysepce herbatę i kanapki (o dziwo całkiem smaczne) i obserwujemy życie stacji. Jest co oglądać, wydaje się ze budynek oprócz poczekalni pełni funkcje centrum towarzyskiego Buffalo. Przychodzą tu grupami nastolatki, napić się coli i pogadać z przyjaciółmi. Trochę to śmieszne, trochę straszne, ze w miasteczku nie ma innego miejsca, do którego mogliby pójść. A może to po prostu jedno z niewielu bezpiecznych miejsc w okolicy, bo po drugiej stronie baru znajduje klitka, w której urzędują policjanci. Ogólnie to przysypiają przed telewizorem, ale co jakiś czas wyłaniają się ze swojej jaskini i stukając krzesłem w podłogę budzą przysypiających przy stolikach bezdomnych.

Nagle pojawia się on - Człowiek-Impreza, postać doskonale znana z polskich tramwajów i autobusów. Jednostajny szum stacji, na który składają się dźwięki rozmów oczekujących podróżnych i świst wentylacji zostaje brutalnie zakłócony przez głośną muzykę wypływającą się z telefonu komórkowego dzierżonego dumnie przez ciemnoskórego czterdziestoparolatka. Z uśmiechem na twarzy i towarzyszką u boku zasiada zadowolony przy jednym ze stolików. Jakiż on ma gust! Czy on jest DJ-em? Może to ktoś sławny? Wszyscy wokół powinni mu dziękować za wspaniałe chwile przy tych relaksujących rytmach. A przynajmniej na to wskazuje jego mina. Jego geniusz pozostaje jednak niedoceniony. Nikt nie podchodzi z podziękowaniami, nikt nie zostaje porwany przez muzykę, nikt nawet nie podryguje. Mistrz dworcowej imprezy zniechęca się brakiem wrażliwości innych na sztukę, wychodzi ze stacji i znika w ciemności.

Niewiele czasu po nim pojawia się kolejne ciekawe indywiduum - Człowiek z Kulą dyskotekową na szyi. Szkoda, że telefonowy maestro nie doczekał jego przybycia, razem na pewno rozkręciliby zabawę. Cóż za niefortunny brak koordynacji. Dyskotekowa kula na szyi pełni nie tylko funkcję biżuterii, ale jest też skrytką, można ją odkręcić i włożyć coś do środka. Na pewno są tam same skarby. Człowiek z Kulą kręci się trochę po poczekalni, wychodzi, by następnie wrócić, pokręcić się jeszcze raz i zniknąć na dobre.

Przez chwilę dworzec znów jest spokojny. W poczekalni nie ma tablic z informacją na temat przyjazdów i odjazdów, więc co jakiś czas do hali wchodzą kierowcy przybyłych autobusów i głośno wykrzykują nazwę firmy przewozowej i kierunek, w którym odjeżdżają. Do naszego zostało jeszcze sporo czasu, postanawiamy więc uzupełnić nasze zapasy wody. W tym celu udaję się do automatów z napojami. Tam czeka mnie kolejna niespodzianka. Na jednej z maszyn z jedzeniem ostrzeżenie: "Wrzucasz tu pieniądze na własną odpowiedzialność. Na dworcu nie ma nikogo z firmy zarządzającej automatami. Policja nie oddaje straconych pieniędzy." Uśmiecham się pod nosem, bo już wyobraziłam sobie tych oburzonych Amerykanów udających się do policyjnej klitki z żądaniem zwrotu pieniędzy. Postanawiam jednak zaryzykować te pięćdziesiąt centów, wrzucam monetę i wygrywam wodę. Jednak działa.

Wracam na miejsce obok Borjy. Czytamy sobie. Podchodzi jakiś pan o zapachu nie najświeższym i pyta czy wiemy co to GPS. Mówimy, że wiemy. Być może chce zapytać o drogę. A może to tylko pretekst byśmy odpalili Google Maps, a on sobie obczai jakie mamy telefony. Ale Pan Nieświeży jest oryginalny, chce nam sprzedać GPS. Gdy odmawiamy zakupu przekonuje nas, jak wspaniałe jest to urządzenie. Zabierze nas wszędzie gdzie chcemy. Czy nas coś ominęło i wynaleziono teleportację. Odmawiamy raz jeszcze. Nieświeży orientuje się, że interesu z nami nie ubije. Rusza więc na podbój kolejnych stolików. "Czy chcecie kupić GPS? On was zabierze wszędzie, gdzie tylko chcecie!"

Normalnie kino bambino. Tylko gdzie jest popcorn?!

wtorek, 1 grudnia 2015

5 rzeczy, które zdziwiły mnie w USA

1. Woda w toalecie

Załatwiając po raz pierwszy potrzeby fizjologiczne w amerykańskiej toalecie można się nieźle zdziwić, a nawet... przestraszyć. Wchodzisz, woda wypełnia muszlę do tego stopnia, że wydaje się, że coś jest nie tak. Jakby była zapchana i wodę trochę wybiło do góry. Idziesz więc do kabiny obok, a tam to samo. Zakładasz więc, że widocznie to normalne i zasiadasz by załatwić, to co zamierzałeś załatwić. Wstajesz, wciskasz spłuczkę i zastygasz na chwilę ze strachu, szczególnie jeśli akurat wszedłeś na dwójkę. Woda zaczyna iść do góry. Czyli jednak toaleta była zapchana, myślisz i prawie zaczynasz ewakuować się z obszaru zagrożenia. Wtem woda i wszystko co w niej zostawiłeś jest zasysana, podobnie jak w toalecie samolotowej. I po strachu. Można się śmiać, ale na serio pierwsza wizyta w toalecie na lotnisku była dość stresująca.

2. Napiwki

Chyba jeszcze przed wyjazdem gdzieś słyszałam i gdzieś czytałam, że zostawianie napiwków w amerykańskich restauracjach jest nie wyborem, ale OBOWIĄZKIEM. Nie byłam jednak przygotowana, że jest to do tego stopnia sformalizowane. W większości restauracji, szczególnie tych nieco większych niż kilka stolików na rachunku wydrukowane są trzy opcje napiwku - 15%, 18% i 20%. Zostawienie mniejszej kwoty lub tym bardziej nie zostawienie żadnego napiwku jest bardzo źle widziane. Gdy pytam Amerykanów, czemu tak jest, odpowiadają, że kelnerzy mają naprawdę niskie stawki. Jakoś nie do końca mnie to przekonuje, moja koleżanka jest kelnerką i naprawdę nie jest tak, że zarabia grosze. Moim zdaniem napiwek powinien być uznaniowy i tyle, a już na pewno nie musi wynosić 20% kwoty zamówienia. Nie wspominając już o tym, że wymuszanie drukowaniem czegoś na  rachunku jest naprawdę nieeleganckie.

3. Biurokracja do potęgi n-tej

Och ile to się nasłuchamy i naczytamy wszędzie, że Ameryka to taki piękny kraj i wszystko jest możliwe, że wolność itp. Niestety szczególnie na początku za dużo wolności nie poczujesz, a wręcz po prostu poczujesz się mocno ograniczony przez BIUROKRACJĘ. Chcesz wynająć mieszkanie? Proszę bardzo sprawdzimy historię kredytową, a jeśli nie brałeś nic na kredyt to tym gorzej dla ciebie. Być może nawet nie wynajmiemy ci mieszkania. Skoro nie kupiłeś jeszcze niczego, na co cię nie stać, to na pewno jesteś podejrzany. Chcesz się wreszcie wpasować i aplikujesz o kartę kredytową? Och niestety, nie możemy ci jej dać, bo nigdy nie brałeś żadnego kredytu w Stanach. Prościej mówiąc nie przyznamy ci kredytu, bo nie masz i nigdy nie miałeś żadnego kredytu. Zamierzasz pracować? Przyjdź na pobranie odcisków palca, nie ufamy nikomu, musimy cię sprawdzić, tak na wszelki wypadek. I tak można mnożyć kolejne przykłady. Spodziewasz się wolności? Niespodzianka! Niewiele możesz zrobić, gdy jesteś Nowy.

4. Wszechobecne dziękuję

Gdy pierwszy raz zauważyłam w autobusie osobę dziękującą kierowcy za przejazd przy wysiadaniu, pomyślałam sobie, że to jakiś nadgorliwiec. Sytuacja powtarza się jednak za każdym razem, gdy podróżuję tym środkiem transportu. Niektórzy podchodzą do kierowcy, inni krzyczą "dziękuję" na cały autobus, bo wysiadają innymi drzwiami. Rodzice moich uczniów każdego dnia odbierając dzieci ze szkoły dziękują mi, mimo, że po prostu wykonuję swoją pracę, za którą mi płacą. W ogóle Amerykanie są bardzo mili i przyjaźni. Ludzie na ulicy witają nas i pozdrawiają. Nie znają nas, ale skoro idziemy na piechotę, znaczy, że mieszkamy gdzieś w okolicy i jesteśmy sąsiadami. Czasem może to nawet być denerwujące, ale właściwie, to może i całkiem miłe :)

5. Obsługa klienta

Zamówiłeś zupę i ci nie smakuje? A może kawa jest za zimna, jak na twój gust? Nie ma sprawy, nie bój się zwrócić do obsługi i powiedzieć im, co ci nie pasuje. Wymienią ci napój lub go podgrzeją, a być może nawet oddadzą pieniądze. Nasz klient, nasz pan. Byłam już świadkiem wielu sytuacji, gdy klienci prosili o wymianę dania, czy narzekali, że kubek nie jest wypełniony aż po brzegi. Wydaje się, że obsługa za nic w świecie nie chce pozwolić byś wyszedł nie zadowolony. Wielkie zaskoczenie na plus.

niedziela, 1 listopada 2015

Transport publiczny w Waszyngtonie

Po ponad dwóch miesiącach użytkowania komunikacji miejskiej w Waszyngtonie chciałabym podzielić się z Wami refleksjami na temat jej funkcjonowania.

W Dystrykcie Kolumbii i przylegających do niego osiedlach-miastach należących do aglomeracji waszyngtońskiej funkcjonuje 6 linii metra oraz kilkadziesiąt linii autobusowych. Siatka metra nie jest wystarczająco gęsta by zaspokoić potrzeby transportowe Waszyngtonu i okolic, ale generalnie zasada jest taka, że jeśli nie mieszkasz w rozsądnej odległości od jednej ze stacji, to z pewnością nieopodal znajduje się przystanek autobusu, który na tą stację Cię dowiezie.



METRO - plusy:

  • od poniedziałku do piątku, szczególnie w godzinach szczytu funkcjonuje bardzo dobrze, pociągi kursują z częstotliwością około co trzy minuty
  • jest szybkie, nie stoi w korkach
  • dociera w okolice najważniejszych punktów Waszyngtonu - Biały Dom, Kongres, Cmentarz Arlington, itd.
  • gdy zatrzymuje się na stacjach, drzwi otwierają się dopiero po kilkunastu sekundach, jest czas by wstać i podejść do drzwi, gdy pociąg już stoi i nie trzeba obawiać się wywrotki
  • większość stacji ma wysokie sufity, dzięki czemu nie są tak klaustrofobiczne, jak w wielu innych miastach


METRO - minusy:

  • w przeciwieństwie do większości systemów metra płaci się dodatkowo za każdą przesiadkę z jednej linii na drugą, z tego powodu trzeba przykładać kartę zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu, co jest dość denerwujące
  • słabe oświetlenie i oznakowanie stacji, intensywne wytężanie wzroku w celu zorientowania się, co to za stacja, to standard
  • w pociągach często nie ma mapek z liniami, co również utrudnia orientację
  • komunikaty głosowe przekazywane przez maszynistów są bardzo niewyraźne, jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia
  • w weekendy prowadzone są prace remontowe i pociągi kursują z częstotliwością co 18-24 minuty, często zatrzymują  się pomiędzy stacjami lub kończą bieg wcześniej i trzeba wysiąść i poczekać na następny
  • wagony są dość stare, w użytku jest może z kilka nowych składów


AUTOBUSY - plusy:
  • tanie, a przynajmniej tańsze niż metro, w przypadku przesiadki z jednej linii na drugą płaci się jak za jeden kurs,  1,5 godziny za kurs powrotny także nic nie zapłacisz
  • w godzinach szczytu kursują dość regularnie
  • docierają praktycznie wszędzie
  • na tablicy ledowej wyświetlają się informacje o następnym przystanku, są także automatyczne komunikaty głosowe
  • kierowcy są bardzo mili, zawsze poczekają na biegnącego pasażera, podpowiedzą gdzie wysiąść czy pomogą doładować kartę
  • zazwyczaj mniej ludzi niż w metrze, jest gdzie usiąść
AUTOBUSY - minusy
  • poza godzinami szczytu i w weekendy kursują za rzadko, raz, ewentualnie dwa na godzinę
  • te z dłuższymi trasami dość często się spóźniają
  • pojazdy są dość wiekowe
  • przystanki są bardzo blisko siebie, czasem autobus zatrzymuje się dosłownie na każdej przecznicy
  • wszystkie przystanki są "na żądanie", jeśli nie zna się okolicy należy być czujnym cały czas
  • na wielu przystankach nie ma rozkładu jazdy, aby sprawdzić kiedy przyjedzie następny autobus trzeba sprawdzić w internecie lub zadzwonić na specjalny numer telefonu.

Jak możecie się domyślić ,czasami ciężko się zdecydować, czym lepiej podróżować, szczególnie w weekendy, gdy autobusy kursują rzadko, a metro jest w remoncie. System transportu publicznego na pewno nie jest tu idealny i sporo rzeczy wymaga poprawy. Podobno jednak na tle innych amerykańskich miast Waszyngton nie wypada źle, więc może powinnam się cieszyć, że w ogóle mam jak dojechać gdzieś bez samochodu, nawet jeśli na autobus, czy metro muszę trochę poczekać.

piątek, 23 października 2015

Szukanie mieszkania w USA część 3

Jeśli uważnie czytanie bloga to wiecie już, że szukanie mieszkania w Stanach to nie bułka z masłem (więcej szczegółów tutaj). Gdy wprowadzaliśmy się na nasze przedmieście, nie byliśmy do końca zadowoleni. I ze względu na stan mieszkania i brak salonu. Nie podobało nam się również, że do metra i najbliższego supermarketu jest spory kawałek drogi, ok. 20 minut drogi na piechotę. Ustaliliśmy więc z właścicielami w Bethesdzie, że zostajemy na dwa miesiące i postanowiliśmy kontynuować poszukiwania już na spokojnie.


Przez pierwsze dwa tygodnie po przeprowadzce nie przeglądaliśmy ogłoszeń wcale. Byliśmy zmęczeni ciągłym szukaniem, pisaniem do firm i prywatnych właścicieli, czekaniem na odpowiedzi i dzwonieniem. Po chwili oddechu od tego szaleństwa, wróciliśmy do przeglądania ofert. Wybraliśmy dwie i umówiliśmy się na oglądanie mieszkań podczas weekendu. Jedno w sobotę, drugie w niedzielę. Obydwa apartamenty zarządzane i wynajmowane przez specjalistyczne firmy, obydwa w DC.

W sobotę dotarliśmy do biura wynajmu przed umówioną godziną, na szczęście było już otwarte. Agent przedstawił się, zaproponował nam wodę do picia i zaczął wypytywać o nasze preferencje. Okazało się, że najtańsze mieszkania typu sypialnia plus salon, które sobie upatrzyliśmy, znajdują się na poziomie piwnicy. Zdecydowaliśmy się więc zobaczyć te na wyższych piętrach, trochę droższe, ale wciąż mieszczące się w naszym przedziale cenowym.

Apartament dość przestronny, odnowiony i jasny. Niestety nieumeblowany, jak zdecydowana większość mieszkań na rynku. Okazało się, że wszystkie opłaty z wyjątkiem internetu są w cenie wynajmu. To już nas trochę zniechęciło, bo tutaj każda umowa, nawet taka z opłatami typu 20 dolarów miesięcznie, to sporo papierologii, czasu i energii, a także najprawdopodobniej credit check. Nie zdziwiłabym się, gdyby pobierali odciski palców ;)

Nie odrzucaliśmy jednak tej opcji. nie byliśmy, ani na tak, ani na nie. Przynajmniej do czasu, gdy otrzymaliśmy szczegółowe warunki umowy, którą mielibyśmy podpisać. Okazało się, że musielibyśmy sami ubezpieczyć mieszkanie (kolejna papierologia, a i koszt niemały), a także, że powinniśmy wykazać dochody co najmniej trzy razy wyższe niż miesięczny czynsz. Oczywiście dochodu takiego nie możemy wykazać, zabrakłoby nam kilkuset dolarów. Ale już sama konieczność ubezpieczenia mieszkania przez nas wystarczająco nas zniechęciła, sprawa dochodów wykluczyła tę opcję całkowicie. Jakoś nie było nam nawet przykro. To nie było nasze miejsce.

W niedzielę udaliśmy się obejrzeć drugie mieszkanie. Na początek standardowe pytania dotyczące tego, co nas interesuje - jaki metraż, jaki przedział cenowy. Już mieliśmy ruszać oglądać apartament, gdy okazało się, że potrzebne są nasze paszporty. Nie mam pojęcia w jakim celu, naszych europejskich dowodów nie chcieli przyjąć. Zdenerwowaliśmy się bardzo, bo umawialiśmy się na oglądanie ponad tydzień wcześniej, wymieniliśmy kilka maili z agencją mieszkaniową, by ustalić szczegóły i ani słowem nie wspomnieli, że powinniśmy zabrać ze sobą jakiekolwiek dokumenty. Ogólnie unikamy latania z paszportami po mieście, szczególnie, że mają wklejone amerykańskie wizy i nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdybyśmy je zgubili. W każdym bądź razie mieszkania nie zobaczyliśmy.

W drodze powrotnej stwierdziliśmy, że szukanie mieszkań wynajmowanych przez agencje to strata czasu. Nie mają mebli, mają za to nierealne obostrzenia finansowe. Po prostu szkoda czasu.

Zaczęliśmy więc uważniej monitorować oferty na craigslist.org, gdzie ogłaszają się prywatni właściciele. Tak właśnie trafiliśmy na mieszkanie znajdujące się w dzielnicy Capitol Hill. Napisaliśmy na podany adres mailowy i umówiliśmy się na oglądanie w sobotę.

Mieszkanie bardzo nam się spodobało. Mieliśmy dość poważny dylemat, czy się przeprowadzać, czy nie, bo w międzyczasie polubiliśmy to nasze przedmieście. Zmieniliśmy też parę rzeczy w wystroju sypialni i łazienki i naprawdę miło się mieszka.

Nasze mieszkanie znajduje się w bardzo spokojnej i zielonej okolicy, mamy blisko do parku. To drugie jest w centrum, jest głośniej, ale za to 5 minut do metra i do supermarketu. Nasze ma mały gabinecik do pracy, to drugie ma salon i przestronniejszą kuchnię. Nasze ma większy metraż, ale to drugie jest nieco tańsze.

Każde ma swoje plusy i minusy i ciężko było zdecydować. W podjęciu decyzji pomogła nam niechęć do ponownego pakowania się, a także fakt, iż dostałam pracę w Bethesdzie. Wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Zupełnie niespodziewanie już po pięciu tygodniach od złożenia wniosku dostałam moją kartę "work premission". Tydzień później dostałam już pracę. Szczegóły następnym razem. Aby dokończyć jeszcze temat mieszkania - zostajemy w Bethesdzie na naszym,przedmieściu. Przynajmniej na rok.

P.S. Czyż nie pięknie wygląda nasza okolica jesienią?




sobota, 29 sierpnia 2015

Szukanie mieszkania w USA część druga i jeszcze nie ostatnia

Po tygodniu mieszkaniu w wynajętym przez airbnb pokoju przenieśliśmy się do mieszkania szefa Borjy, które znajduje się w dzielnicy Adams Morgan. Znacznie różni się ona od okolic Howard University - domy są bardziej zadbane, jest więcej zieleni, a także sklepów czy restauracji. Przez dwa dni mieliśmy mieszkanie tylko dla siebie, ponieważ gospodarze udali się do Nowego Jorku na ślub znajomych. My natomiast kontynuowaliśmy poszukiwania mieszkania.

Wybraliśmy się do dzielnicy Brightwood na open house, aby obejrzeć mieszkanie z jedną sypialnią i salonem. Także UWAGA, UWAGA!!! Wielki sukces, wreszcie zobaczyliśmy jakieś mieszkanie od środka. Inna sprawa, że nie było za bardzo co oglądać. Droga do tego miejsca zajęła nam około godzinę, a obejrzenie go niecałe trzy minuty. Dosłownie weszliśmy i wyszliśmy. Mieszkanie znajdowało się na parterze domu, ale ponieważ na tym samym poziomie znajdował się inny apartament, było ono bardzo wąskie. Kuchnia ciemna, sprzęty w łazience stare, a sypialnia i salon nieumeblowane. Cóż było robić, pozostało mieć nadzieję, że dom, który mamy oglądać następnego dnia, okaże się już naszym domem.


Zanim przejdę dalej muszę wyjaśnić Wam jedną rzecz. To, co my nazywamy Waszyngtonem formalnie figuruje jako Dystrykt Kolumbii. Jest to obszar USA, który nie należy do żadnego stanu i nie ma swojej gwiazdki na amerykańskiej fladze. "Nie-stan: Waszyngton jest stosunkowo mały jeśli porównać go z innymi wielkimi miastami w Stanach. Zamieszkuje go około 600 tysięcy mieszkańców. Wokół Dystryktu znajduje się jednak sporo miejscowości leżących w stanach Maryland i Virginia, które do niego przylegają i są częścią obszaru metropolitalnego.


Dom, który mieliśmy oglądać znajduje się właśnie na jednym z przedmieść Waszyngtonu, osiedlu, które nazywa się Bethesda. Dom należy do znajomych promotora Borjy i wynajmują w nim mały apartament na piętrze. Obejrzeliśmy mieszkanie i nie byliśmy do końca zachwyceni. Jest dość małe, nie ma salonu, zamiast niego mały gabinecik, a od metra i sklepów oddalone jest o około 15-20 minut drogi na piechotę. Nie chcieliśmy jednak siedzieć w mieszkaniu szefa Borjy zbyt długo, dlatego właśnie zdecydowaliśmy się wynająć to miejsce na dwa miesiące i... szukać dalej.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Szukanie mieszkania w USA

Szukanie mieszkania nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć. Żyjesz w pewnym zawieszeniu, niepewności, nie masz możliwości rozpakowania walizek - nic przyjemnego. Obecnie tymczasowo zajmujemy pokój znaleziony na stronie airbnb.com. Jest to witryna, na której można znaleźć oferty wynajmu krótkoterminowego od jednej nocy do około jednego miesiąca. Zdecydowaliśmy się na zarezerwowanie miejsca na tydzień, który mija już jutro i wtedy na kilka dni przenosimy się do mieszkania szefa Borjy. Co będzie później, nie wiem, bo szczerze mówiąc szukanie mieszkania idzie jak po grudzie.



Szukanie lokum do wynajęcia w Stanach znacznie różni się od poszukiwań w Europie. Przede wszystkim dlatego, że bardzo mało mieszkań ma prywatnych właścicieli. Jeśli chcesz wynająć jedynie pokój we współdzielonym mieszkaniu, to zadanie masz nieco ułatwione, ale jeśli wolisz mieć całe miejsce dla siebie, to naprawdę czeka cię niezła przeprawa.

Budynki z mieszkaniami na wynajem należą w większości do firm i to z nimi należy się kontaktować. Przeglądając ogłoszenia próżno szukać zdjęć wnętrz mieszkania. Zazwyczaj zamieszczają fotografię budynku i okolicy, ewentualnie plan rozmieszczenia pokoi. Łazienka i kuchnia są umeblowane, ale salon czy sypialnia świecą pustkami, co oczywiście dla nas stanowi niemały problem.


Nie zważając na przeciwności, kierując się jedynie lokalizacją i ceną apartamentów wysyłamy dziesiątki maili. I jeszcze trochę maili, i znów jeszcze kilka. W weekend jeszcze tłumaczymy sobie, że przecież wolne dni, więc na pewno odpowiedzą w poniedziałek i wtedy wreszcie zaczniemy umawiać się na spotkania i oglądać mieszkania. Przychodzi poniedziałek a w raz z nim odpowiedź. Tak, nie pomyliłam się - ODPOWIEDŹ. Jedna!!!

Nie załamujemy się, nie załamujemy się. Bierzemy nasz super nowy, jeszcze nie śmigany amerykański telefon i dzwonimy. Rozmawiam z panią, bardzo miłą, która wypytuje czego szukamy, w jakim przedziale finansowym, itd. Umawiamy się na spotkanie za godzinę. Trasę pokonujemy w upale, szybkim krokiem, docieramy na miejsce zmachani. Zmachani, ale szczęśliwi. Szczęśliwi, bo dokonaliśmy przecież odkrycia, które ułatwi poszukiwania - po prosu trzeba dzwonić. Dajemy sobie parę chwil na złapanie oddechu i wchodzimy do biura. Tłumaczymy pani, że my umówieni i że chcielibyśmy zobaczyć apartamenty z jedną sypialnią i jedną łazienką. Pani zdziwiona, mówi, że zapewne kontaktowaliśmy się z call center i, że niestety mieszkanie, którego szukamy jest jeszcze zajęte, lokatorzy wyprowadzają się za tydzień, więc na razie, to ona może pokazać nam tylko plan. PLAN! Cholera, tylko plan, jakbyśmy nie widzieli już go z dziesięć razy w internecie.

I tak właśnie nasze wielkie odkrycie, przestaje być odkryciem. Okazuje się,że nie, wcale nie będzie łatwo i już.



Szukamy dalej, nowych odpowiedzi na maila oczywiście brak, więc dzwonimy. W trzech miejscach włącza się tylko automatyczna sekretarka i trzeba zostawić swoje dane i numer kontaktowy. Zostawiamy, nie oddzwaniają. Znajdujemy apartamenty około 20 minut drogi na piechotę od naszej kwatery. Już nawet nie dzwonimy, bo mamy dość dzwonienia, po prostu idziemy tam. Przy wejściu domofon, domofon nie działa, nie możemy wejść. Sięgamy po komórkę, tłumaczymy, gdzie jesteśmy i że chcemy wejść. Pani mówi, że już schodzi, czekamy 10 minut, nikogo ani śladu. Zachodzimy do sąsiedniego bloku, udaje nam się wejść do biura, niestety wolnych mieszkań z jedną sypialnią brak. Wracamy i znów wysyłamy dużo maili. I jeszcze trochę. I czekamy.

Gdybyśmy byli w Europie to po prawie tygodniu poszukiwań mielibyśmy co najmniej z dziesięć obejrzanych mieszkań. A tutaj, jak do tej pory, nie widzieliśmy żadnego. Naprawdę ani jednusieńkiego.

Wieczorem przychodzi mail - zaproszenie na open house, czyli oglądanie. Jest szansa, że wreszcie zobaczymy coś od środka. Przychodzi też inna wiadomość - znajomi, znajomych wynajmują piętro w swoim domu z osobnym wejściem. Oglądamy zdjęcia i nam się bardzo podoba. Trochę daleko, ale nie wybrzydzamy - umawiamy się na oglądanie w sobotę.

Trzymajcie kciuki :)

P.S. Zamieszczone zdjęcia, to ujęcia z okolicy, w której obecnie zamieszkujemy.

P.S.2 Zawsze pozostaje nam zamieszkanie w baraku ;)