wtorek, 11 lipca 2017

Moje pierwsze rodeo

Kowboje i Dziki Zachód to chyba jedne z pierwszych rzeczy, które kojarzą nam się z Ameryką. Zaraz obok hamburgerów i grubasów. Od czasu przeprowadzki do Stanów miałam chrapkę by poznać nieco bliżej ten znany z westernów świat. Okazja pojawiła się podczas naszego ostatniego road tripa (wybaczcie używanie angielskiej nazwy, ale nie znalazłam żadnego tłumaczenia, które w pełni by mnie satysfakcjonowało; jeśli macie jakieś pomysły, to dawajcie znać) i z radością postanowiłam z niej skorzystać.



Do małego miasteczka w stanie Idaho, o wdzięcznej nazwie Mountain Home przybyliśmy późnym popołudniem. Zameldowaliśmy się w motelu, zaopatrzyliśmy w prowiant i ruszyliśmy na rodeo. Ekscytacja narastała wraz ze zbliżaniem się do stadionu. Wielkie pick-upy, faceci w kapeluszach, panie w kowbojskich butach - nie ulegało wątpliwości, że jesteśmy na Dzikim Zachodzie. Po zakupie biletów weszliśmy na teren imprezy, gdzie rozstawiono stoiska z jedzeniem, piciem i pamiątkami. Z głośników leciała oczywiście muzyka country. Pokręciliśmy się trochę po straganach, obserwując ludzi, a gdy wybiła ósma wieczorem udaliśmy się w stronę metalowych trybun by zająć miejsca.



Rodeo rozpoczął oczywiście (a jakżeby inaczej!) hymn Stanów Zjednoczonych zaśpiewany przez lokalną artystkę. Po ukłonie w stronę patriotyzmu, był i ukłon w stronę komercji. Prowadzący przedstawił sponsorów wydarzenia, a jeźdźcy wjechali na arenę trzymając flagi z logo poszczególnych firm. Były wśród nich lokalne firmy zajmujące się handlem nieruchomościami, ale także np. znana wszystkim restauracja inna niż wszystkie.



Po prezentacji sponsorów rozpoczęła się pierwsza konkurencja, która polegała na ujeżdżaniu dzikiego konia baz siodła. Niektórzy utrzymywali się na ich grzbiecie naprawdę długo, ku uciesze publiczności, która reagowała bardzo żywiołowo. Po występie każdego zawodnika sędziowie przyznawali punkty za styl i czas.



Do drugiego zadania stanęli nieco starsi kowboje. Polegało ono na zeskoczeniu z konia w czasie jazdy i złapaniu cielaka, tak, by położyć go na boku. Następna konkurencja była dość podobna, tyle że cielaka trzeba było złapać na lasso, a następnie zejść z konia i zawiązać zwierzęciu nogi. Niektórzy z zawodników wykonywali tę ostatnią czynność tak szybko, że przydałyby się ekrany z powtórkami.

W przerwach widzów zabawiały dialogi pomiędzy prowadzącym, a klaunem, który jest obowiązkowym elementem tradycji rodeo. Żarty nie były być może zbyt wysokich lotów, ale jak widać dowcipy o teściowej są popularne na całym świecie, na Dzikim Zachodzie też. Co jakiś czas pojawiały się też przerwy na reklamy, wspomniani wcześniej jeźdźcy z flagami zawierającymi logo firm wjeżdżali na arenę i okrążali ją przy okrzykach prowadzącego.

Po krótkim oddechu kowboje wrócili do rywalizacji. Na arenę ponownie wjechały dzikie konie, tym razem osiodłane, co pozwoliło zawodnikom na dłuższe utrzymanie się na ich grzbiecie. Potem przyszła kolej na konkurencję rozgrywaną w parach. Celem było złapanie cielaka na lasso podczas jazdy konnej. Pierwszy z kowbojów musiał zarzucić je na szyję, a drugi na nogę zwierzęcia. Okazało się to bardzo trudnym zadaniem, chyba tylko dwóm z sześciu czy siedmiu startujących par udało się dopiąć celu.



Jak być może zauważyliście do tej pory zawodnikami byli tylko mężczyźni. Po kilku męskich konkurencjach przyszedł czas na rywalizację pań. Na arenie rozstawiono trzy beczki, które układały się w kształt równoramiennego trójkąta. Zadaniem kowbojek było jak najszybsze pokonanie tej trasy na koniu. Trudność polegała na znalezieniu równowagi pomiędzy szybkością, a precyzją, bo dziewczyny, które za mocno rozpędzały swoje rumaki, miały potem problem, by odpowiednio wcześnie wyhamować, zawrócić i nie przewrócić beczki.

Na deser pozostała najsłynniejsza i chyba najbardziej widowiskowa konkurencja - ujeżdżanie byka. O ile dzikie konie wierzgały się po całej arenie i mocno podskakiwały, to byki przede wszystkim kręciły się wokół własnej osi. Chyba żaden z kowbojów nie utrzymał się na grzbiecie dłużej niż kilka sekund. Gdy już z niego spadał, uciekał szybko za płot, a do akcji przystępował specjalnie wytrenowany pies. Co zabawne, jego rozmiary mocno kontrastowały z gabarytami byków, które jednak grzecznie udawały się z powrotem do zagrody.

Po zakończeniu zawodów na wszystkich kowbojów i kowbojki, a także widzów czekał koncert muzyki country z tańcami pod chmurką.

PS. Zdjęcia nie do końca oddają klimat rodeo, dlatego przygotowałam dla Was krótki filmik :)

niedziela, 4 czerwca 2017

Jacy są Amerykanie?

Bardzo trudno jest scharakteryzować Amerykanów, chyba trudniej niż na przykład Włochów czy Francuzów. USA to ogromny kraj, każdy stan jest inny, Nowy Jork i Hawaje to dwie różne bajki. Mimo wszytko po prawie dwóch latach mieszkania tutaj podejmę się zadania i spróbuję wyróżnić kilka cech, które powtarzają się u większości poznanych przeze mnie Jaknesów.


Miły, milszy, Amerykanin

Jeśli mijasz na ulicy sąsiada, nie ma opcji, by nie powiedział ci "dzień dobry", ekspedientka w sklepie zawsze zapyta, jak się miewasz, a ludzie wysiadający z autobusu podziękują kierowcy krzycząc "thank you!" nawet z drugiego końca pojazdu. O tak, Amerykanie są niezwykle uprzejmi i to cecha, która zazwyczaj najbardziej rzuca się w oczy zaraz po przyjeździe do USA. Czasem może wydawać się to trochę sztuczne, ale muszę powiedzieć, że jednak w większości bardzo umila to i ułatwia załatwianie codziennych spraw.

Big small talk

Zarówno ze znajomym jak i nieznajomym Amerykanin potrafi rozmawiać godzinami i to o niczym. Nie raz i nie dwa byłam świadkiem rozmowy osób, które nie znając się wcześniej przegadały ze sobą kilkogodzinny lot, relacjonując sobie szczegółowo dojazd na lotnisko, przejście przez kontrolę i inne równie emocjonujące szczegóły.

Tabu? A co to takiego?

Nieznajomy Amerykanin, którego mijasz na ulicy będzie miły, ale co cię czeka, gdy już się nieco poznacie? Przygotuj się na bezpośredniość! Koleżanki z pracy już po dwóch tygodniach znajomości nie miały oporów by dzielić się ze mną historiami swoich rozwodów i szczegółami przebiegu menopauzy. A, i nie zdziw się, gdy kasjerka w sklepie poczuje nieodparte pragnienie, by poinformować cię, że właśnie dostała okres.

Trzymam się zasad

Amerykanie lubią jasno określone zasady i starają się ich trzymać. Wszyscy sprzątają po swoim psie, grzecznie stoją w kolejce, a wychodząc z samolotu przepuszczają do wyjścia pasażerów siedzących w rzędzie przed nimi. Metro, autobusy i skwery pełne są tabliczek z nakazami i zakazami i groźno brzmiącym przypomnieniem "it's the law". Dobrze jest wiedzieć, czego można się spodziewać po zachowaniu ludzi, a i miło, że na spacerze nie trzeba chodzić slalomem pomiędzy psimi kupami, jednak czasami to sztywne trzymanie się zasad potrafi być irytujące.

Urodzeni mówcy

Cechą, której chyba najbardziej zazdroszczę Amerykanom jest umiejętność publicznego przemawiania. Nawet osoby, które wydają się trochę nieśmiałe w innych kwestiach, jeśli sytuacja tego wymaga nie boją się mówić na szerszym forum. Ich wypowiedzi zawsze wydają się zaplanowane i przemyślane, jakby mieli kogoś, kto im pisze przemówienia, a przed sobą prompter.

Myślę, że Amerykanie dają się lubić, chociaż oczywiście jak każdy naród mają swoje przywary. Ale któż ich nie ma, prawda? A Wy? Znacie jakiś Amerykanów? Jak ich odbieracie? Chętnie poznam Wasze zdanie.

sobota, 6 maja 2017

Kwiecień w obrazkach

Kwiecień w Waszyngtonie to jeden z najpiękniejszych okresów. Wszystko kwitnie, zieleni się, a zdjęcia robią się same. Zresztą sami zobaczcie.

Cherry Blossom








Moja droga do pracy






sobota, 11 marca 2017

Z wizytą na Kapitolu

Kapitol to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Waszyngtonie i obowiązkowy punkt programu dla turystów zwiedzających stolicę USA. Warta obejrzenia jest nie tylko piękna kopuła, ale także wnętrze Kapitolu ze słynną rotundą na czele.


Podobnie jak wiele innych atrakcji w Waszyngtonie zwiedzanie siedziby Kongresu jest darmowe. Wystarczy zarezerwować bilety przez internet i stawić się w visitor center o wyznaczonej godzinie. Wycieczka zaczyna się projekcją około piętnastominutowego filmu, który opowiada o zasadach działania Kongresu i historii powstania budynku. Następnie zwiedzający dzieleni są na kilka grup i każda grupa wyrusza ze swoim przewodnikiem odkrywać tajemnice Kapitolu. Cała wizyta trwa nie więcej niż godzinę.


Najpiękniejszym i najbardziej znanym pomieszczeniem na Kapitolu jest rotunda. Wnętrze kopuły prezentuje się nie mniej okazale niż jej zewnętrzna część. W centrum półkolistego sklepienia znajduje się fresk przedstawiający Jerzego Waszyngtona siedzącego pomiędzy boginią zwycięstwa a boginią wolności. Towarzyszy im trzynaście panien, które symbolizują kolonie, które były kolebką Stanów Zjednoczonych Ameryki. Malowidło otoczone jest bogato zdobionymi kasetonami, a umieszczone poniżej okna o charakterystycznym kształcie wpuszczają do pomieszczenia światło słoneczne, które rozświetla rotundę. Oprócz ogromnego fresku znajdują się tam obrazy dokumentujące ważne wydarzenia z historii USA, a także liczne rzeźby i płaskorzeźby wykonane z marmuru i brązu.


Dokładnie pod rotundą znajduje się pomieszczenie zwane kryptą. Nazwa mogłaby wskazywać, że jest to miejsce pochówku kogoś ważnego i taki rzeczywiście był zamysł - chciano tam umieścić ciało Jerzego Waszyngtona. Jego żona wyraziła zgodę, ale postawiła warunek, że chciałaby być pochowana razem z nim. Kongres był gotowy zgodzić się na jej prośbę, ale kiedy kilka lat później Pierwsza Dama zmarła Kapitol nie był jeszcze w pełni gotowy. Martę Waszyngton pochowano zatem zgodnie z jej życzeniem obok męża, na terenie ich posiadłości w Wirginii. Gdy siedziba Kongresu została wreszcie ukończona, zawiadomiono rodzinę byłego prezydenta, jednak nie wyrazili oni zgody na przeniesienie ciał i dlatego po dziś dzień dwie trumny stoją puste.


Centrum krypty jest oznaczone w specjalny sposób, ponieważ to od tego miejsca rozchodzą się linie dzielące Dystrykt Kolumbii na cztery części: północny-zachód (NW), północny-wschód (NE), południowy-zachód (SW) i południowy-wschód (SE). Nazwa każdej ulicy zakończona jest jednym z czterech skrótów, który pozwala zidentyfikować, w której części miasta dana ulica się znajduje. Większość nazw to po prostu numery lub litery. Ulice biegnące z północy na południe oznaczone są kolejnymi numerami (np. 5th St.), natomiast te prowadzące ze wschodu na zachód - literami alfabetu (np. K St.). A zatem jeśli znajdujesz się akurat na trzeciej ulicy to znaczy, że jesteś trzy przecznice od Kapitolu.


Oprócz rotundy i krypty warto zajrzeć również do National Statuary Hall, który dawniej był siedzibą Izby Reprezentantów. W miarę dołączania się nowych kolonii, a tym samym przybywania kongresmenów zaczęło brakować miejsca i zadecydowano o przenosinach do większej komnaty. Dziś pomieszczenie używane jest między innymi podczas uroczystego obiadu, który Kongres organizuje dla nowo wybranego prezydenta.



Kapitol jest pięknym budynkiem, a zwiedzanie jego wnętrza jest niezwykle interesujące. Jeśli będziecie kiedyś w Waszyngtonie, to zobaczcie koniecznie.

niedziela, 19 lutego 2017

Z pamiętnika podróżnika (23) - Miasto Aniołów

Jeśli przeglądaliście moją listę miejsc, które chciałabym odwiedzić w Stanach, to być może pamiętacie, że wcale nie było na niej Los Angeles. Nie ciągnęło mnie tam jakoś specjalnie i nie planowałam raczej odwiedzić Miasta Aniołów. Do czasu...


W drodze powrotnej z Hawajów mieliśmy przesiadkę na lotnisku w LA. Gdy przemieszczałam się pomiędzy terminalami w poszukiwaniu znośnego jedzenia na obiad, moją uwagę przykuł widok z okna. Poza palmami i budynkami w oddali widniały zielone wzgórza, które wydawały się dziwnie znajomo. Przyjrzałam się nieco uważniej i tak, nie miałam już wątpliwości, że oto patrzę na Fabrykę Snów. Co prawda pojedynczych liter ze słynnego napisu "Hollywood" nie byłam w stanie rozróżnić, bo z tej odległości wyglądało to raczej jak rozmazany biały prostokąt, ale widziałam przecież, że tam są i poczułam, że mnie do siebie przywołują. Od tej chwili było już dla mnie jasne, że bez odwiedzin w Los Angeles się nie obejdzie.

Sposobność do wyjazdu nadarzyła się nadzwyczaj szybko, bo z okazji inauguracji nowego prezydenta miałam w szkole jeden dodatkowy wolny dzień. Kupiłam więc bilety i w piątkowy poranek zameldowałam się na lotnisku. Miasto Aniołów powitało mnie ulewnym deszczem, który podobno w Kalifornii zdarza się zbyt często. No, ale tak, ja oczywiście miałam szczęście i akurat padało i to na tyle intensywnie, że wszelkie aktywności na dworze były wykluczone. Zwiedzanie Los Angeles rozpoczęłam zatem od Muzeum Sztuki.




Zaopatrzyłam się w ulotki informacyjne, wybrałam kilka interesujących mnie wystaw i ruszyłam na wycieczkę. Rozpoczęłam od ekspozycji porównującej twórczość Picassa i Diega Riviery, by później skupić się bardziej na sztuce nowoczesnej. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja zatytułowana "Metropolis" oraz japońskie plakaty.




Gdy ja buszowałam po muzeum, na dworze zaczęło się nieco przejaśniać, dzięki czemu po obejrzeniu interesujących mnie wystaw mogłam wybrać się na spacer. Na początku nie miałam, żadnego konkretnego celu, oglądałam sobie domy i obserwowałam ludzi, ale gdy w pewnym momencie na horyzoncie pojawiły się hollywoodzkie wzgórza wraz ze słynnym napisem. Spojrzałam na mapę i okazało się, że jestem całkiem blisko Alei Gwiazd i właśnie tam postanowiłam się udać.



Hollywood Walk of Fame widziałam wcześniej na zdjęciach pojawiających się w prasie zazwyczaj z okazji odsłonięcia nowej gwiazdy przez jakiegoś aktora czy piosenkarza. Podczas takiej uroczystości wszystko wokół wygląda bardzo uroczyście, ale na codzień ulica Hollywood Boulevard, na której owe gwiazdy się znajdują wygląda bardzo zwyczajnie. Ciężko spotkać tam mieszkańców, przechodnie to przede wszystkim turyści, jest dużo sklepów z pamiątkami i trochę restauracji. Na wielu odcinkach można spotkać bezdomnych, których zresztą w LA jest bardzo dużo.




Po tym spacerze poczułam nagle wielkie zmęczenie i stwierdziłam, że tyle wrażeń musi mi jak na pierwszy dzień wystarczyć.

Sobota była na szczęście słoneczna i postanowiłam wykorzystać to i udać się na plażę w Santa Monica. Bardzo spodobało mi się to miejsce, bo wręcz tętniło życiem. Dzieci i dorośli grający w piłkę czy w siatkówkę, rowerzyści, biegacze i ludzie spacerujący po molo, jakże inny świat od tego co widziałam dzień wcześniej w Hollywood. Jeśli kiedykolwiek w ogóle rozważałabym możliwość mieszkania w Kalifornii to chyba właśnie dla tej plaży. Dodatkową atrakcją są domki ratowników znane chociażby z serialu Słoneczny Patrol.






Ponieważ pogoda sprzyjała urządziłam sobie naprawdę długi spacer i jak się później okazało dotarłam na inną plażę - Venice Beach. Miejsce też bardzo ciekawe, bardziej na luzie i naprawdę można by tam siedzieć godzinami i obserwować ludzi. Nie mogłam sobie jednak na to pozwolić, bo przed powrotem do Waszyngtonu chciałam odwiedzić jeszcze jedną atrakcję - napis Hollywood.





Przemieszczenie się z plaży do Fabryki Snów zajęło mi naprawdę sporo czasu, LA jest ogromne, a transport publiczny nie działa tam zbyt sprawnie. Gdy wysiadłam z metra czekała mnie jeszcze około godzina marszu pod górę. Po drodze podziwiałam wielkie piękne domy i z uwagą przyglądałam się przejeżdżającym samochodom, bo a nuż widelec w środku siedzi ktoś sławny. Z każdym krokiem czułam coraz mocniej zmęczenie w nogach, tego dnia zrobiłam chyba z piętnaście kilometrów. Widok na szczycie wynagrodził mi jednak cały wysiłek. Niby tylko rząd białych liter, ale jakoś niezwykle mi się ten napis Hollywood podoba.


Na sam koniec pobytu w Mieście Aniołów ja spotkałam swoich. Wspomniałam już, że miałam kilkanaście kilometrów w nogach, a w perspektywie jeszcze godzinę drogi (no może trochę mniej, bo z górki) powrotnej by dostać się do metra. Gdy już, już miałam zbierać się by schodzić, zostałam zagadnięta przez policjantów, którzy po krótkiej rozmowie zaproponowali mi podwózkę. Siedziałam więc na miejscu dla aresztantów, ale cała szczęśliwa, że nie muszę używać własnych nóg. Przez całą drogę miło sobie gawędziliśmy z moimi wybawcami. Kiedy byliśmy już prawie przy metrze policjanci oznajmili mi, że zamierzają się zatrzymać w kawiarni i kupić donuty. I do dziś nie wiem, czy naprawdę mieli taki zamiar, czy w ten sposób zażartowali sobie ze stereotypu utrwalanego w filmach...

Mój krótki pobyt w Los Angeles dobiegł końca, ale bardzo cieszę, że udało mi się tam pojechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Z pamiętnika podróżnika (22) - Tydzień na Hawajach

Archipelag Hawaje składa się aż ze stu trzydziestu siedmiu wysp. My postanowiliśmy wybrać się na największą z nich - Hawai'i, zwaną także po prostu Big Island.

Wydaje mi się, że wiele osób kojarzy Hawaje gównie z plażą. Plaże oczywiście na Wielkiej Wyspie są, ale jest ona zdecydowanie bardziej różnorodna. Poza dwoma skrajnymi klimatami - arktycznym i pustynnym, możemy tam znaleźć tam znaleźć wszystkie inne pośrednie. Są i lasy deszczowe i śnieg na szczycie wulkanu Manua Kea. Ot, taka Ziemia w pigułce.


Tydzień na Big Island był dość intensywny, nie bardzo był czas, by pisać na bieżąco. Ale dzisiaj chciałabym Wam tak w skrócie opowiedzieć jak te siedem dni na końcu świata wyglądało.

niedziela
Około dwudziestej pierwszej czasu lokalnego lądujemy w Hilo, najbardziej deszczowym mieście w USA. Drugim w stanie Hawaje pod względem liczby mieszkańców, zaraz po Honolulu . Jest ciepło, lekko mży, Wsiadamy do taksówki i ruszamy w stronę wynajętego przez airbnb mieszkania. Przez otwarte okna samochodu dobiegają dziwne dźwięki. Pytamy taksówkarza, o co chodzi. Okazuje się, głośny gwizd to sprawka gatunku żab przywiezionych przez przypadek z Puerto Rico. Coqui frogs nie są lubiane na Wielkiej Wyspie. Jest to miejsce bardzo spokojne i mieszkańców bardzo denerwują nocne hałasy. Nam żaby jakoś szczególnie nie przeszkadzały w zasypianiu, ale rzeczywiście trzeba przyznać, że małego rozmiaru żabka nieźle koncertuje, posłuchajcie sami (dźwięk zaczyna się od 19 sekundy filmiku).



poniedziałek
Mimo zmęczenia dwunastogodzinną podróżą budzimy się bardzo wcześnie. Próbujemy jeszcze zasnąć, ale nie bardzo się udaje, więc postanawiamy obejrzeć wschód słońca. Ubieramy się i kierujemy swoje kroki w stronę oceanu. Obserwujemy zmieniające kolory niebo i słońce oświetlające palmy i wody Hilo Bay. Jest pięknie. Oglądamy ten spektakl natury do czasu gdy zaczyna nam burczeć w brzuchach. Szukamy miejsca na śniadanie, a potem przechadzamy się po mieście. Trochę budynków w stylu kolonialnym, niektóre naprawdę bardzo ładne, ale większość sprawia wrażenie zaniedbanych. Naszą uwagę zwracają znaki drogowe wskazujące drogę ewakuacyjną w przypadku tsunami. Miasto wydaje się bardzo spokojne, turystów prawie nie ma, trochę większy ruch panuje w okolicach rynku, gdzie można kupić świeże owoce i warzywa. W czasie przechadzki co rusz natykamy się na latające parami żółte ptaki, jaszczurki oraz na kolorowe, rosnące na dziko kwiaty.






wtorek
Dziś wreszcie słońce świeci pełną parą, ruszamy więc na wycieczkę na plażę. Nad wodą można łatwo zauważyć niezbite dowody na to, że Hawai'i to wyspa wulkaniczna, bo skały są czarne jak smoła. Jakoś to połączenie zastygłej lawy i wody niezmiernie mi się wizualnie podoba, a jeśli dodamy do tego jeszcze palmy to już w ogóle pieję z zachwytu. Po drodze mijamy inne plaże, niezbyt nadające się do kąpania, ale nie pozbawione uroku. Na miejscu jest już trochę ludzi, woda jest przejrzysta, nic tylko pływać. Wchodzę do wody i tuż obok mnie przepływa około jedno metrowy żółw! Wow, takiego spotkania trzeciego stopnia się nie spodziewałam! Ale super!





środa
Po dniu plażowania czas na nieco aktywniejsze spędzanie czasu, jedziemy na wycieczkę rowerową po Parku Narodowym Wulkany Hawai'i. Oglądanie lawy w dzień jest super, na zdjęciach jej co prawda nie widać, ale przez lornetkę da się wypatrzyć. Przy punkcie widokowym na krater jest sporo ludzi, ale po przejechaniu małego kawałka drogą dla rowerów zrobiło się zupełnie pusto i cicho. Nic jednak nie może równać się do oglądania lawy nocą. Kolory są po prostu niesamowite!









czwartek
Na przedmieściach Hilo znajduje się jeden z bardziej znanych wodospadów na Wielkiej Wyspie - Rainbow Falls. Swoją nazwę zawdzięcza pojawiającej się w słoneczne ranki tęczy. Tam właśnie kierujemy dziś swoje kroki. Pospaliśmy trochę dłużej, bo wczorajsza długa wycieczka nieco nas zmęczyła. Docieramy do wodospadu, jest kilka minut po dziewiątej i tęczy jeszcze nie widać. Słoneczko ładnie świeci więc jest nadzieja, że niedługo się pojawi. Spacerujemy wokół i sprawdzamy widok z różnych punktów, aż w końcu około godzinę później udaje nam się wypatrzyć nieśmiało pojawiającą się tęczę. Wracamy do Hilo na obiad, a popołudniu relaksujemy się w ogrodach Lili'uokalani i na Coconut Island.




piątek
Po wczorajszym luźniejszym dniu znów jesteśmy gotowi na dłuższą wyprawę. Wsiadamy do kursującego po Wielkiej Wyspie autobusu, który spóźnił się o ponad pół godziny. Wysiadamy w miasteczku Honoka'a, gdzie mamy zamiar wypożyczyć rowery i dojechać do punktu widokowego na dolinę Waipio. Okazuje się, że wypożyczalnia już nie istnieje, co nieco komplikuje nam dotarcie do upragnionego miejsca. Moglibyśmy iść na piechotę, ale zajęłoby nam to około trzech godzin w jedną stronę, a i droga niezbyt ciekawa - szosa i las po obydwu stronach. Próbujemy więc łapać stopa. Nie mija nawet pięć minut i przy naszych wyciągniętych kciukach zatrzymuje się pick up. W środku siedzi czwórka młodych ludzi, a na półotwartej "pace" (co na Hawajach jest legalne) kolejna dwójka. Siadamy naprzeciwko nich, oferują nam nawet kocyk i ruszamy. Wiatr we włosach i czujemy się jak w kabriolecie. Po kilkunastu minutach już jesteśmy na miejscu. Dziękujemy naszym kierowcom i biegniemy do punktu widokowego. Dolina Waipio jest piękna! Szkoda, że zanim dotarliśmy trochę się zachmurzyło, ale cóż zrobić, trzeba się cieszyć tym co jest. Pałaszujemy przygotowane wcześniej kanapki, pstrykamy kilka zdjęć i ruszamy w drogę powrotną. Łapiemy na stopa miłą parę z Wisconsin, która zabiera nas do Honoka'a. Przechadzamy się trochę po miasteczku, które przypomina trochę scenografię westernów, a potem czekamy na autobus i wracamy do Hilo. Co za dzień pełen przygód!


sobota
Dziś już niestety ostatni dzień naszej hawajskiej przygody. Kolejny raz przechadzamy się po miasteczku, by pożegnać się z ulubionymi miejscami. Idziemy poleżeć trochę na plaży i w parku, a potem niestety trzeba się już pakować. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, kto wie...